Strona główna / Europa

Andaluzja. W krainie siesty i flamenco

Andaluzja miała być tylko czterodniowym przystankiem przed dalsza podróżą do Maroka. To za mało, żeby gruntownie zwiedzić ten cudowny region, wystarczająco jednak, aby się w nim zakochać bez pamięci. Zwiedziłem tylko trzy miasta – Malagę, Granadę i Rondę, ale to co zobaczyłem, co przeżyłem, zjadłem i wypiłem sprawiło, że południowe wybrzeże Hiszpanii z pewnością będzie kiedyś moim samoistnym celem podróży.

Jadąc do Hiszpanii należy nastawić się na kilka rzeczy. Z pewnością bez znajomości podstaw języka hiszpańskiego trudno będzie nam się porozumieć. Znajomość angielskiego, a także innych obcych języków, nawet na dworcach, w restauracjach znajdujących się w turystycznych częściach miast jest znikoma, żeby nie powiedzieć żadna. Warto zatem zabrać ze sobą rozmówki hiszpańsko – polskie. Drugą kwestią jest słynna siesta. Nie spodziewajmy się, że w czasie siesty, która trwa zwyczajowo między godziną 14 a 17, a która to pora jest w Polsce pora obiadową, znajdziemy otwarty bar, restaurację. Aby nie chodzić głodnym należy zatem zjeść coś odpowiednio wcześniej. Wreszcie trzeba pamiętać, aby polską złą pogodę, pesymizm zostawić w domu. Południowa Hiszpania skąpana jest w słońcu, poza tym to wulkan pozytywnej energii, optymizmu i wspaniałych uśmiechniętych ludzi.

Kuchnia andaluzyjska kryje w sobie wiele bogactw, smaków. W trakcie pobytu nie spróbowałem pewnie nawet dziesiątej części tego, co ma ona do zaoferowania. Podstawą są oczywiście tapas, czyli różnego rodzaju przekąski, które były niegdyś dodawane do wina (szklanka z winem była przykrywana jedną porcją tapas), a obecnie stanowią całe dania, tzw. raciones. Aby poznać rozmaitość tych przekąsek warto zamówić w restauracji mix tapas. Na jednym talerzu otrzymamy wtedy od kilku do kilkunastu rodzajów tapas. W gorące dni koniecznie należy spróbować słynnego na całą Europę gazpacho – chłodnika wykonanego z przetartych pomidorów, papryki i czosnku, do którego dodawane są pokrojone w kostkę ogórki, pomidory, papryka oraz grzanki. Smaku gazpacho nie można porównać z niczym innym, jest obłędnie warzywny i faktycznie gasi pragnienie i daje ukojenie podczas upału. Nie mniej słynna jest paella – ryż z warzywami i owocami morza, które są tutaj oczywiście świeże co sprawia, że tylko na południu Hiszpanii paella smakuje tak wspaniale. Tradycyjnym daniem jest również tortilla espanola – omlet z dużą ilością cebuli i ziemniaków. Można dostać różne warianty tortilli – z warzywami, z szynką i za każdym razem nie będziemy zawiedzeni. Daniem, którego nie znajdziemy w żadnym innym miejscu na świecie jak tylko w Andaluzji jest rabo de toro – potrawka przyrządzona z warzyw i… byczego ogona. Potrawa podawana jest z pieczonymi kawałkami ziemniaków i smakuje naprawdę wybornie. Warto wiedzieć, że paellę jak i rabo de toro można zamówić tylko dla co najmniej dwóch osób.

Do obiadu koniecznie należy zamówić butelkę miejscowego wina. Niekoniecznie Sherry wzmacnianego destylatem z winogron, które produkowane jest właśnie w Andaluzji, ale przede wszystkim wytrawnego stołowego, które tutaj kosztuje niewielkie pieniądze, a jakością nie ustępuje winom ze średniej i górnej półki, które można dostać w Polsce. Zwłaszcza wina z winnic z okolic Rondy są niezwykle ciekawe z uwagi na swój owocowy smak i aromat, w którym wyczuć można bez problemu gorące słońce Hiszpanii. Będąc w Maladze grzechem byłoby nie skosztować słodkiego, wzmacnianego wina o nazwie takiej samej jak miasto, w którym powstało. Mowa oczywiście o Maladze, która zwłaszcza paniom będzie niezwykle smakować, i które to wino stanowi doskonałą pamiątkę czy prezent z podróży. Tradycyjnie hiszpańska jest także Sangria – czerwone wino gronowe podawane z pokrojonymi na plastry owocami cytrusowymi. Ciekawostką jest, że sami Hiszpanie Sangrii raczej nie piją. Jest to towar przeznaczony wybitnie dla turystów. W upalne dni nie można nie spróbować schłodzonego czerwonego, wytrawnego wina połączonego z colą. Taka mieszanka zwie się tinto de verano i można ją kupić nawet w supermarkecie, jak zwykły napój. Tinto de verrano posiada niewielką zawartość alkoholu i doskonale orzeźwia.

Przed całodziennym zwiedzaniem należy się odpowiednio posilić. Energię na długi czas dawało mi śniadanie, jakie jadłem w Maladze. Była to przekrojona na pół świeża, ciepła półbagietka, w środku której znajdowały się plastry dojrzewającej szynki serrano i pomidora. W Maladze taka kanapka nosi nazwę „pitufo”, co oznacza smerfa, jak też policjanta. Do dzisiaj nie wiem dlaczego. Do „pitufo” obowiązkowo podawane są dwie szklanki – jedna pełna słodkiej kawy z mlekiem, a druga ze świeżo wyciśniętym aromatycznym sokiem z pomarańczy. Pozytywnie naładowany i najedzony mogłem udać się na zwiedzanie.

Malaga jest miastem portowym. Pierwsze moje wrażenie było, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt pozytywne. Z lotniska autobusem udałem się na dworzec autobusowy, skąd na piechotkę przeszedłem do nadmorskiej dzielnicy Huelin, gdzie znajdował się mój hostel. W hostelu okazało się, że zarezerwowałem jeden nocleg za mało i postanowiłem w związku z tym przedłużyć rezerwację. Problem polegał na tym, że właścicielka nie znała ani jednego słowa w obcym języku, a ja miałem ze sobą tylko mini rozmówki. Problem rozwiązał się bardzo łatwo – niech żyje wujek Google! Konkretnie jego translator. Napisałem o co mi chodzi, sprawa została wyjaśniona i już spokojny poszedłem nad Morze Śródziemne.

Plaża Malagi nie jest zachwycająca, widok pobliskich żurawi portowych powoduje nieco odpychające wrażenie. Jest tu jednak czysto, a na złocistym piasku można znaleźć przepiękne, duże muszle. Dzielnica, w której się zatrzymałem też nie zachęcała do spacerów, zwykłe domy, niewysokie bloki, nic szczególnego. Inaczej wyobrażałem sobie Costa del Sol. Kolejny dzień to zwiedzanie starego miasta. Moje odczucia zostały wywrócone do góry nogami. Początkowo rozczarowany Malagą, zachwyciłem się starówką. Wąskie uliczki, kolorowe kamienice, słońce, uśmiechnięci ludzie spowodowali, że naprawdę poczułem się w Hiszpanii. Malaga nie ma za wiele do zaoferowania, w sam raz na całodzienną wycieczkę. Główne zabytki to katedra z typową dla tej części świata ornamentyką, charakterystyczna bo z jedną wieżą. Stad też jej zwyczajowa nazwa – la manquita (jednoręka). Niedaleko katedry znajduje się Alcazaba – świetnie zachowane pozostałości mauretańskiej twierdzy. Powyżej Alcazaby malowniczo umiejscowione są ruiny Castillo de Gibralfaro – arabskiego zamku z XIV wieku skąd rozciąga się pocztówkowy widok na stare miasto, arenę do corridy i port. Widok ten jest wizytówką Malagi. Ściągają tu okoliczne młode pary na poślubną sesję zdjęciową. U podnóża ruin odkryto niedawno amfiteatr z czasów panowania rzymskiego. Świadczy to o bogatej historii tego miasta. Miłośników sztuki przyciągnie z pewnością fakt, że w Maladze urodził się Pablo Picasso i obecnie funkcjonuje tu muzeum gdzie można obejrzeć ponad 200 jego prac.

W Maladze dało znać o sobie powiedzenie, że nie można niczego oceniać po pozorach, a pierwsze wrażenie bywa zazwyczaj mylne. Malaga może nie powala na kolana, ale to punkt obowiązkowy na jednodniową wycieczkę.

Hiszpanie mawiają: „quien no ha visto Granada, no ha visto nada” (kto nie widział Granady, ten niczego nie widział). Kolejnym punktem mojej wyprawy był ostatni bastion Maurów w Europie. Jeśli ktoś nie wybiera się do Maroka, musi koniecznie odwiedzić górujący nad Granadą zespół pałacowy uważany przez niektórych za ósmy cud świata – Alhambrę. Poczuje wtedy namiastkę arabskiej kultury, zobaczy budowle z misternymi, charakterystycznymi arabskimi zdobieniami. Alhambra zachowała się w idealnym stanie, odwiedzają ją rzesze turystów. Warto wiedzieć, że wejścia do niektórych obiektów są na wyznaczoną godzinę, a samo zwiedzanie podzielone jest na wejście poranne i popołudniowe. W ciągu całego dnia jest ściśle określona liczba zwiedzających. Warto więc wcześniej dokonać rezerwacji biletów na stronie internetowej, unikniemy wtedy kolejek do kasy, a ponadto będziemy mieć pewność, że nie zabraknie dla nas biletów na dany dzień. Specjalne automaty znajdują się przy wejściu – po włożeniu karty kredytowej, którą robiłem rezerwację, wydrukowany został mój bilet. Zwiedzanie podzielone jest na kilka etapów. Ja zacząłem od przylegających do Alhambry przepięknych ogrodów Generalife z labiryntami misternie przyciętych żywopłotów, delikatnie szemrzącymi fontannami, kolorowymi, obłędnie pachnącymi kwiatami. Nazwa interpretowana jest jako „ogród podniosłego raju”. Nie sposób się z tym nie zgodzić i jeśli tak miałby wyglądać raj po śmierci, warto do niego dążyć. Godzinami można spacerować wśród bujnej roślinności, podziwiać gust mauretańskiej dynastii Nasrydów, za czasów panowania której powstały ogrody, zachwycać się stylem, w jakim wypoczywali. Szczególnie urzeka patio, w którym znajdują się dwa wąskie, długie baseny, nad którymi na całej długości krzyżują się delikatne strumienie wody wypływające w górę z ich obrzeży. Maurowie wodę upodobali sobie szczególnie. Oprócz wielu fontann, basenów w Generalife zbudowane zostały tzw. „wodne schody”. Woda spływa raźnym strumieniem po balustradach z obu stron kamiennych stopni. Szmer wody, szum wiatru, śpiew gromady ptaków, a także słodki zapach kwiatów sprawia, że można tu zapomnieć o problemach, odciąć się od codzienności i naładować się pozytywną energią. Można tu spędzić cały dzień, ale idę dalej, gdzie czeka na mnie Alhambra.

Główną atrakcją Alhambry są pałace Nasrydów, a zwłaszcza wewnętrzne dekoracje. Misterne zdobienia to cytaty z Koranu, wersety wychwalające chwałę Allaha. Można sobie tylko wyobrazić ile pracy, ile czasu potrzeba było na stworzenie takiego arcydzieła. Zwiedzając kolejne pomieszczenia myślałem, że dalej nic piękniejszego już tu nie zobaczę. Jakże się myliłem! Zachwycałem się jeszcze bardziej. Nie można przegapić Sali de las Dos Hermanas (Dwóch Sióstr) oraz Sali de los Abencerrajes. Niezwykłe sklepienia obu sal, zwieńczone szesnastoma oknami, przypominają plastry miodu. Dziw bierze, że to wytwór ludzkich rąk. Kolejne komnaty są nie mniej zachwycające i bogate w zdobienia. Warto wspomnieć chociażby arabską łaźnię z XI w., w suficie której wykute są otwory w kształcie gwiazd, przez które wpadają promienie słoneczne dyskretnie oświetlając wnętrze. Idąc dalej doszedłem do Pałacu Karola V, który został wybudowany przez jednego z uczniów Michała Anioła już po wygnaniu Maurów. Na uwagę zasługuje zwłaszcza dziedziniec pałacu, który otoczony jest okręgiem kolumn. Najstarszą częścią Alhambry jest zespół obronny – Alcazaba. Z wież widokowych Alcazaby rozciągają się wspaniałe widoki na góry Sierra Nevada, a także na pobliskie wzgórze, na którym rozciąga się dzielnica Albaicin stanowiąca doskonały przykład andaluzyjskiej zabudowy zwanej pueblos blancos – białe miasta. Nazwa wzięła się stąd, że wszystkie budowle posiadają białe elewacje odbijające promienie słoneczne. Na samo zwiedzanie Alhambry i ogrodów Generalife należy przeznaczyć jeden dzień. To za mało aby poznać dogłębnie pozostałe atrakcje Granady – klimatyczne wąskie uliczki gdzie znajdziemy wiele barów serwujących tapas, stare urokliwe kościoły z XVI-wieczną katedrą na czele. To za mało, aby powłóczyć się stromymi i krętymi uliczkami dzielnicy Albaicin, gubić się w nich i odnajdywać, odczuć arabską przeszłość, ciągle żywą, niedającą o sobie zapomnieć. Tutaj przeszłość splata się z teraźniejszością. gdyż przybywają tu emigranci z Maroka i otwierają herbaciarnie, stragany z tradycyjnymi marokańskimi artykułami. Ten dzień minął bardzo szybko. Późnym wieczorem wróciłem ostatnim autobusem do Malagi. Zasypiając miałem przed oczami cudowne miejsca, które zwiedziłem. „Kto nie widział Granady, ten niczego nie widział”… Dotarło do mnie znaczenie tych słów.

Nazajutrz wczesnym rankiem pojechałem autobusem do Rondy. Myślałem, że po Granadzie ze swoimi wspaniałościami nic już nie wywrze na mnie większego wrażenia. Stało się inaczej. Ronda zabrała moje serca i duszę, wchłonęła mnie bez reszty. Obok Granady i Sewilii to jedno z najczęściej odwiedzanych przez turystów miast Andaluzji. Już samo położenie jest wystarczającym powodem do odwiedzin Rondy. Usytuowana jest ona bowiem na wysokiej skale i dzieli ją na pół przepastna rozpadlina nosząca nazwę El Tajo. Dwie części miasta – nowa i stara – połączone są ze sobą wysokim, niemal stumetrowym kamiennym mostem zwanym nowym (Puente Nuevo), z którego w czasach hiszpańskiej wojny domowej strącano w otchłań El Tajo zwolenników jednej ze stron.

Ronda zachwyca feerią barw, ukwieconymi balkonami i rozpiętymi między nimi kolorowymi ozdobami. W nowej części miasta oprócz rynku, przy którym stoi kościół z tradycyjnie hiszpańską wieżą z dzwonem znajduje się jedna z najstarszych w całej Hiszpanii aren do korridy – Plaza de Torros. Warto wiedzieć, że to w Rondzie wytworzyła się obecna forma tej kontrowersyjnej dyscypliny sportu. Oprócz samej areny, miejsc skąd wypuszczane są byki można zwiedzić, znajdujące się w pomieszczeniach okalającego arenę budynku, muzeum korridy. Wystawione są wypchane głowy byków, kostiumy torreadorów noszące niekiedy ślady krwi (byczej czy ludzkiej?), a także szkice ilustrujące walki autorstwa Francisco Goi. To prawdziwa mekka dla fanów korridy. Przechodząc przez Puente Nuevo wszedłem do starej części miasta zwanej La Ciudad, która była niegdyś arabskim miasteczkiem i trzeba przyznać, że dzielnica ta zachowała wiele z mauretańskiego charakteru, przede wszystkim romantyczne, wąskie brukowane uliczki i pobielone domy. O dawnej historii przypomina także wieża kościoła, która stanowiła wcześniej minaret meczetu. Warto zwrócić uwagę na znajdujący się nieopodal kościoła budynek ratusza miejskiego, przy którym rośnie szpaler drzewek pomarańczowych. Miłośnicy wina nie przepuszczą okazji zwiedzenia muzeum wina z ciekawą ekspozycją obejmującą historię produkcji tego szlachetnego trunku od czasów rzymskich do czasów obecnych. W starej części miasta znajduję kilka punktów widokowych umiejscowionych na tarasach, które niemal wiszą nad przepaścią. Z tarasów rozciąga się wspaniały widok na surową okolicę, gdzie swoje miejsce znalazły opuncje, gaje oliwne i winnice. Dla osób z dobrą kondycją można polecić zejście w dół wąwozu. Początkowo są to kamienne schody, później przechodzą one w wydeptaną ścieżkę. Potem droga robi się coraz bardziej dzika, coraz mniej uczęszczana przez turystów, jak i miejscowych, przecinana jest spływającymi ze zboczy strumyczkami, a w końcu dochodzę do miejsca, gdzie gąszcz roślinności uniemożliwia dalszą drogę. Eskapada warta jest wysiłku. Z dna przepaści można podziwiać okiełznaną potęgę natury i poczuć szacunek dla budowniczych Puente Nuevo. Miejsce to jest niezwykle fotogeniczne. O ile zejście nie przysparza większych problemów, to ponowne wejście na górę, w upale, w prażącym słońcu było dla mnie drogą przez mękę, ale warto było! Takie wspomnienia są najcenniejsze. Zmęczony wstąpiłem do jednej z restauracji na starym mieście, gdzie siły przywróciła mi butelka wina z okolicznych winnic, tortilla, a także wspomniane wcześniej rabo de toro. Być może ogon pochodził od byka, który zginął wcześniej na Plaza de Toros z rąk toreadora? Żal było wracać do Malagi, ale cel podróży był inny. Mijając po drodze wiele malowniczych pueblos blancos, położonych na wzgórzach wiedziałem już, że kiedyś tu wrócę.

Andaluzja przyciąga, oszałamia i porywa. Nie wiem czym bardziej – śródziemnomorskim klimatem, zabytkami, architekturą, przyrodą, kuchnią czy też wspaniałymi mieszkańcami. Wydaje mi się, że wszystkim po trochu. Kto raz tu przyjedzie, na pewno tu powróci i to nie jeden raz. Cztery dni to za mało na tętniącą rytmem flamenco Andaluzję, wystarczająco jednak, aby poczuć jej magię, stracić dla niej głowę i powiedzieć: Andalucia, te quiero!

Zamknij