Strona główna / Azja

Bali. Pozwól się sobą zaopiekować

Jedni zakochują się w niej bez pamięci, inni po wyjeździe mówią sobie: „Nigdy więcej!”. Ja na indonezyjską wyspę mogę wracać bez końca. Pod instagramowym blichtrem kryją się tu pokłady serdeczności i czułości, jakich nie doświadczyłam nigdzie indziej.

Fot. Shutterstock

Co wieczór do domu odprowadzały mnie psy. Pojawiały się za każdym razem, nawet gdy wracałam późną nocą. W wąskiej uliczce z mroku wyłaniały się pyski: trzy, czasem cztery, pewnego razu aż sześć. Jedne dobrze mi znane, inne nowe, bo w nadmorskim Canggu, jak na całym Bali, psów jest mnóstwo. Cała grupka towarzyszyła mi aż pod sam pensjonat – jakby dbały, bym bezpiecznie dotarła do domu. Dziękowałam im, a one dopiero wtedy, gdy usłyszały skrzypnięcie drzwi, odwracały się i rozpływały w ciemności. A kolejnej nocy czekały na mnie znów.

Nigdy nie odczuwałam strachu, choć niektóre psy bywają naprawdę spore. Ale nawet tych nie trzeba się obawiać. Balijczycy bardzo je szanują. Wedle ich wierzeń i wyznawanej na wyspie odmiany hinduizmu pies to przyjaciel, strażnik i opiekun.

Otulona ciszą. Bali od początku zachwyciło mnie wyczuwalną na każdym kroku atmosferą duchowości. Gdy przyleciałam tu po raz pierwszy, prosto z lotniska pojechałam do Ubud – miasta położonego w głębi lądu. Jest ono dogodną bazą do poznawania okolicy, więc pełno tu turystów, panuje tłok i zgiełk, nie ma co liczyć na samotność. Ale to także kulturalne i artystyczne serce wyspy. W Ubud znajduje się mnóstwo świątyń, powietrze przesyca woń kadzidła. To dla mnie zapach Bali.

Miałam ogromne szczęście: przybyłam na wyspę w marcu, gdy Balijczycy świętują Nowy Rok. Obchody trwały kilka dni. Patrzyłam, jak w całym mieście na ulice wychodzą chłopcy, nastolatkowie i mężczyźni z kukłami potworów. Najmłodsi nieśli malutkie, starsi nieco większe, dorośli – naprawdę ogromne. Podobno przygotowywali je od wielu tygodni. Szli z gongami, muzyką, śpiewem. Podczas tej procesji kukły zaczynały się rozpadać, a potem, gdy cały pochód docierał przed świątynię, były niszczone i palone. W ten sposób Balijczycy wypędzają z domów złe duchy.

A potem nastał Nyepi, czyli Dzień Ciszy. To bardzo specyficzne święto: nie latają samoloty, nie korzysta się z Internetu, nie pali lamp. Wszędzie panuje spokój. Balijczycy nie rozmawiają ze sobą, tylko od rana do wieczora medytują, oczyszczają się duchowo. Powiedziano mi, że turyści też nie powinni wtedy wychodzić na ulice – można za to nawet dostać mandat. Cały dzień spędziłam więc w pensjonacie pośród przepięknych pól ryżowych na obrzeżach Ubud, dokąd przeniosłam się z hostelu w centrum. To był dopiero trzeci albo czwarty dzień mojej podróży, ale wcale nie byłam zła, że nie mogę zwiedzać. Wręcz przeciwnie: przed wyjazdem nie ustaliłam sztywnego planu ani listy obowiązkowych atrakcji. Wolałam wsiąknąć w kulturę, poznać ludzi, posłuchać ich historii.

Bali okazało się dla mnie łaskawe. Rodzina, u której się zatrzymałam, była cudowna. Polubiliśmy się tak bardzo, że zaprosili mnie na ślub – jako jedynego egzotycznego gościa. Ceremonia jest przepiękna, zaczyna się wcześnie rano od modłów w domu panny młodej i trwa cały dzień. Moi gospodarze podpowiedzieli też, dokąd pójść na masaż – do domu jednej z sąsiadek, a nie komercyjnego salonu z szyldem i długą listą zabiegów. To było bardzo intensywne przeżycie – po wszystkim poczułam się wręcz słaba, ale i odprężona. Pani, która mnie masowała, usadziła mnie wygodnie, poczęstowała naparem z trawy cytrynowej, imbiru i różnych przypraw. Nie spieszyła się, nigdzie mnie nie poganiała. Czułam, że się mną zaopiekowała, zatroszczyła się o mnie.

Fot. Shutterstock

Czciciele fal. Najbardziej jednak polubiłam na Bali inne miejsce – nadmorską miejscowość Canggu. Trafiłam do niej już podczas pierwszego pobytu, a potem właśnie tu rozpoczynałam i kończyłam kolejne podróże – w pensjonacie u zaprzyjaźnionej rodziny, do którego co wieczór odprowadzały mnie psy. Poranki rozpoczynałam od rozmowy z gospodarzem. To bardzo ciekawy, uduchowiony człowiek. Objaśniał mi, jaką ceremonię będą danego dnia odprawiać w pobliskiej świątyni. Poza tym, jak każda szanująca się balijska rodzina, mają w domu własny ołtarzyk, a na nim zawsze świeże kwiaty. Codziennie ustawiają tam też uplecioną z liści palmowych łódeczkę z ofiarą i kadzidłem, a drugą, podobną, na ulicy albo na schodach. Ta pierwsza przeznaczona jest dla dobrych duchów, druga – dla złych. Balijki wyplatają tysiące takich koszyczków i każdego dnia umieszczają je przed sklepami, restauracjami, warsztatami, jak wyspa długa i szeroka.

Mimo to Canggu nie jest tak uduchowionym miejscem jak choćby Ubud. Panuje tu inna atmosfera i praktykowana jest młodsza z balijskich „religii” – surfing. Życie toczy się wokół plaży i fal. Uwielbiam to, sama kilka razy próbowałam pływać i bardzo chciałabym porządnie się nauczyć. Jest w tym sporcie coś uduchowionego. Cudownie jest patrzeć na surferów: jak uważnie obserwują wodę, jak są zżyci z oceanem, jak świetnie go znają. A rytm morza, przypływów i odpływów, jest też przecież powiązany z fazami Księżyca. Niesamowite, że można mieć taki kontakt z naturą!

Fot. Shutterstock

W rozkwicie. Balijska duchowość jest bardzo mocno osadzona w przyrodzie. To właśnie jej poświęconych było wiele rytuałów, o których opowiadał mi gospodarz z Canggu, np. ceremonie najróżniejszych drzew. Nic zresztą dziwnego – balijska przyroda jest niezwykle zróżnicowana i przepiękna. Choćby Małpi Las nieopodal Ubud. Wchodzi się tam niczym do bajki. Szemrze strumień, ścieżki wiją się wśród tropikalnych drzew, a niektóre z nich wyglądają jak wyjęte z filmu Avatar. Wszędzie są też małpy, makaki jawajskie. Niezbyt duże, za to silne i sprytne – potrafią podkradać turystom aparaty i okulary albo grzebać w plecakach w poszukiwaniu jedzenia. Ale to ich dom – żyją tu od dawna, są otoczone czcią i szacunkiem. Mają nawet własny cmentarz.

Małpi Las naprawdę mnie zachwycił, ale cała wyspa jest rajska. Wszechobecne kwiaty, palmy, bananowce, mnóstwo zieleni. I tarasowe pola ryżowe, bo wnętrze Bali jest bardzo górzyste. Przepiękną panoramę falujących pasm widziałam ze wzgórza nieopodal wsi zamieszkanej przez Bali Aga, rdzenną ludność wyspy. Pojechałam tam, by zobaczyć, jak wyplatają tradycyjne torebki, jak tkają i farbują tkaniny barwnikami z roślin i orzechów – a w prezencie dostałam cudowny widok na porośnięte dżunglą góry.

No i plaże! Trudno znaleźć dwie podobne do siebie. Te bliżej wulkanu są naprawdę ciemne, ale często wystarczy pojechać kilka minut skuterem, by trafić na pasmo piasku tak bielutkiego, że aż razi w oczy. Z kolei w Uluwatu, kolejnej surferskiej miejscowości, na brzeg schodzi się ścieżkami z wysokich klifów (na jednym z nich stoi najpiękniejsza chyba świątynia na Bali!). Niestety plaże bywają dość zaśmiecone. Choć na wyspie w zeszłym roku zabroniono używania sztucznych słomek do napojów i jednorazowych torebek, plastikowych odpadów nadal jest bardzo dużo – zwłaszcza butelek po napojach, a także… japonek! Łatwo je zgubić, a poza tym są tak tanie, że ludzie często kupują je, a potem porzucają przed wyjazdem. Kiedyś po przypływie znalazłam chyba dziesięć klapków na jednej plaży. Posprzątałam je – staram się nosić ze sobą wielorazową torbę i zbierać śmieci. To drobny gest, ale chociaż tak próbuję odwdzięczyć się wyspie. Trochę zaopiekować się Bali, które tak wspaniale zaopiekowało się mną.

Fot. Shutterstock

Kiedy jechać? Pora deszczowa trwa na Bali od listopada do marca, ale nie jest to wcale zły czas na podróż. Zieleń jest wtedy niewiarygodna, kolory aż kipią, a opady nie są bardzo dokuczliwe. Ulewy nie trwają całymi dniami, a często jest po prostu pochmurnie.

Co zabrać? Wystarczą lekkie, letnie ubrania (jaka to przyjemność pakować same takie stroje!).Warto mieć bluzkę zasłaniającą ramiona i chustę do zakrycia nóg – taki ubiór wypada nosić w świątyni. Możliwe, że Balijczycy – jako ludzie grzeczni i raczej skryci – nie powiedzą Ci złego słowa, jeśli wejdziesz w szortach, ale pewnie będzie im przykro. Środki odstraszające komary i preparaty antyhistaminowe bez kłopotu kupisz na miejscu, nie ma sensu wozić ich z Polski. Zabierz za to bidon lub wielorazową butelkę na wodę – w wielu miejscach można ją za grosze napełnić, oszczędzając i tak już przytłoczonej nadmiarem plastiku wyspie kolejnych śmieci.

Nie warto natomiast zabierać zbyt dużego bagażu oczekiwań, zwłaszcza bazujących na zdjęciach z Instagrama. Bali bywa nazywane stolicą instagramerów i instagramerek, oferuje się tu nawet tzw. Instagram tours: kierowca zawiezie Cię we wszystkie najpopularniejsze miejsca i obfotografuje! Kłopot w tym, że choć na zdjęciach będziesz tylko Ty, wszystkie te atrakcje są bardzo zatłoczone i często przed uchwyceniem upragnionego kadru trzeba odstać swoje w gigantycznej kolejce. Konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością może więc okazać się przyczyną bolesnych rozczarowań. Lepiej ich sobie oszczędzić i nie jechać z zaplanowaną listą atrakcji, tylko z głową otwartą na przeżycia i niespodzianki.

Na co uważać? Na Bali łatwo stracić czujność: ludzie są uśmiechnięci i mili. Mimo to zdarzają się tu kradzieże, wyrywanie telefonów itd. Polecam zachowanie rozsądku, zwłaszcza w najpopularniejszych wśród turystów miejscach, choćby w imprezowym miasteczku Kuta (którego jednak nie polecam!). Pamiętaj też – również rozglądając się przed przejściem przez ulicę – że obowiązuje tu ruch lewostronny. A jeśli wypożyczysz skuter (warto!), koniecznie jeźdź w kasku.

Zamknij