Strona główna / Europa

Beskid Niski. Zaginiony świat

Po kilku dniach tutaj czujesz się, jakbyś miał przed sobą wielkie pudełko puzzli z napisem „Łemkowszczyzna” i nie potrafił ich ułożyć. Mnóstwo kawałków zatarło się i dawno gdzieś poginęło. Masz już cerkiew, krzyże, mgłę i góry w tle, a nawet kilka drewnianych domków. Ale resztę obrazka musisz sobie wyobrazić.

Fot.Shutterstock

Przyszli z południa, podobno aż z Bałkanów. Przemieszczali się łukiem Karpat, ale nie był to jeden długi marsz, tylko przenoszenie się z każdym pokoleniem nieco dalej, w kolejne niezasiedlone jeszcze doliny górskie. Po drodze była Ruś, gdzie nasiąknęli wieloma elementami miejscowej kultury. Przede wszystkim językiem – dlatego łemkowski najbardziej podobny jest do ukraińskiego – jak również religią.

Zasięg dawnej Łemkowszczyzny najlepiej wyznaczają więc wzniesione przez nich cerkwie. Te najdalej wysunięte na zachód są w okolicach Piwnicznej, ale najwięcej stoi w głębi Beskidu Niskiego. Niemal w każdej małej wiosce ponad dachy wystają drewniane wieże zakończone kopułami. To tutaj było centrum świata Łemków.

Relikty z kamienia i drewna

Niełatwo je namierzyć, bo nigdy nie było u nas łemkowskich miast, tylko wioski. Dlatego dziś nawet trudno określić, dokąd sięgała Łemkowszczyzna. Poza drewnianymi cerkwiami pewną wskazówkę może nam dać inny element krajobrazu – kamienne krzyże. To właśnie po ich ogromnym wysypie poznaje się, że to już tutaj. Zaczynają się nieco na wschód od Grybowa i na południe od Gorlic.

W głębi kraju motyw sakralny wskazuje zwykle na środek wioski czy bliskość cmentarza. Tutaj stoją sobie tak pośrodku pustego poletka. Przypominają, że kiedyś nie było ono wcale puste, krzyż zaś zapraszał w skromne progi stojącej nieopodal chaty, wskazując, że jej gospodarze wyznają obrządek wschodni. Z domu, stodoły i podwórza ze studnią do dzisiaj ostał się tylko krzyż. Ewentualnie parę zdziczałych jabłoni. Nawet te wsie, które zachowały łemkowski charakter, skurczyły się, pozostawiając uczucie dziwnej pustki.

O ile cmentarze i przydrożne krzyże można podziwiać do woli, o tyle z dostępnością cerkwi do zwiedzania bywa różnie. Kiedy tylko nadarzy się okazja, by wejść do środka, koniecznie trzeba korzystać. Skromna bryła zwykle kontrastuje z mnóstwem zdobień, które atakują już od progu. Nie dość, że ikonostas kipi od złota i barwnych szat prawosławnych świętych, to podobne wzornictwo pokrywa jeszcze ściany i sufit. Trochę jakby nie miały to być świątynie, tylko od razu kapsuły czasu. Jakby ktoś zbudował kilkumetrowe drewniane szkatułki i poznosił do nich pamiątki z zaginionego świata.

Fot. Shutterstock

Góry bez górali

Nazwa pasma nie kłamie. Naprawdę góry są niskie i nietrudne w poznawaniu. Teren jest jednak wciąż dość wymagający, a wspinaczki pod górkę na tyle długie, by podczas pieszej wędrówki zdrowo się napocić. Nie ma jednak mowy o balansowaniu nad krawędzią skalnego urwiska i wychodzeniu wysoko ponad drzewa, skąd roztacza się panorama na sąsiednie łańcuchy gór. W Beskidzie Niskim nawet najwyższe szczyty nie wyrastają ponad piętro lasów. Widoki są raczej kameralne, a szlaki górskie rzadko zbiegają się przed schroniskiem na przełęczy – raczej w samotnej wiosce w dolinie.

Niemniej właśnie te niewysokie pasma świetnie potrafią to, co górom zawsze wychodzi najlepiej – odciąć nas od reszty świata. W pewnym momencie kończy się asfalt i trzeba przywyknąć do wyboistej i nieprzewidywalnej nawierzchni. Chwilę później kończy się też zasięg w telefonie i kable elektryczne, a chwilę wcześniej – dobrze zaopatrzone sklepy. Gdy wyrusza się na nocleg do chatki lub bazy namiotowej położonych przy granicy ze Słowacją, trzeba poradzić sobie bez prądu i z własnymi zapasami. Sporo osób zapuszcza się więc w tereny na południe od Wołowca tylko na jeden dzień, a to może być zbyt mało, by poznać ten wyludniony obszar z nieprzejezdnymi drogami i z miejscami, które na mapie wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. To bowiem kraina nieistniejących wiosek, gdzie mieszkańców wysiedlono zaraz po wojnie, a ich drewniane domy rozebrano na opał. Dziś trudno się zorientować, co gdzie stało. Pięć wiosek – Czarne, Lipną, Długie, Radocynę i Nieznajową – lokalna artystka Natalia Hładyk przywróciła wspólnej pamięci. Ustawiła drewniane drzwi, jak ze starych wiejskich chałup, w miejscu, w którym 100 lat temu była zagroda i mieszkali ludzie, a dziś jest tylko pusta zielona łąka.

Fot. Shutterstock

Skrzyżowanie kultur

Nie wszędzie historia obeszła się ze światem Łemków w tak okrutny sposób. Schowana w górskiej dolinie Nowica zmniejszyła się w porównaniu z przedwojennym stanem o ponad połowę, ale mimo dziejowych zawieruch długo uchował się rdzenny charakter tej wioski.

Na początku lat 80. w Przysłopiu, górnym przysiółku Nowicy, okazało się, że dach cerkwi jest w tak złym stanie, że trzeba go pilnie naprawić. W akcję ratunkową włączyli się gromadnie studenci UW. Przyszli etnografowie spędzili na robotach w Nowicy całe wakacje i dopiero wtedy odkryli, że wpadł im w ręce istny diament. Pocztą pantoflową rozchodziła się wieść, że jest w górach wioska – taka jakby inna, prawie egzotyczna. Ludzie z kamienic i bloków, spragnieni azylu w nowej rzeczywistości, przyjeżdżali tu, wynajmowali wolne domy, a potem je kupowali.

Obecnie połowa mieszkańców Nowicy ma pochodzenie łemkowskie, a druga połowa to dawni uciekinierzy z wielkich miast. Można przyjechać tu do agroturystyki w dawnej łemkowskiej chyży, można na festiwal teatralny, na warsztaty pisania ikon, na obóz odnawiania cmentarzy, na hipoterapię, na otwieranie cerkwi-szkatułek albo na doświadczenie ciszy i przestrzeni – daleko ich szukać nie trzeba.

Zamknij