Strona główna / PORADA NA PODRÓŻ

Do Tunezji, bez amnezji

Czy zastanawialiście się kiedyś nad naturą ogórka? Zgadzam się, że nie jest to najważniejsze zagadnienie na świecie, jednak mnie niezmiernie intryguje to warzywo. Kiedy bowiem posypie się je solą, zmienia się w mizerię, kiedy zaś cukrem, przeistacza się w arbuza. Rzekłbym, że ogórek ma – jak to powiedział kiedyś o swoim ugrupowaniu poseł PSL-u – naturalną zdolność koalicyjną. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że może wejść w sojusz z każdym ugrupowaniem (wspomnicie moje słowa na jesień, gdy dojdzie do mariażu z partią rządzącą). Na szczęście ogórek, choć oferuje feerię smaków, jest z natury apolityczny, a wariacje za każdym razem skutkują nowymi doznaniami.

Tunezja jest jak ogórek i również w zależności od pory roku i miejsca objawia różnorodne piękno. Od plaż po lasy, góry i szotty, czyli słone jeziora, zazwyczaj wyschnięte, lecz napełniające się po deszczu, wyznaczające początek strefy saharyjskiej. Od wielkomiejskiego zgiełku Tunisu do relaksu w zacisznym hoteliku w okolicach Susy czy wreszcie od zielonych płuc państwa na północy do żółtego piaszczystego szelestu na południu. Aktywnie i relaksacyjnie, dla każdego coś miłego. Nawet jesienią, kiedy deszcz potrafi padać częściej niż umiarkowanie, jest co robić.

Oczywiście w czasach pandemii podróżowanie za granicę nie jest łatwe i wymaga czujności. Tak się jednak szczęśliwie składa, że Tunezja figuruje na liście dozwolonych krajów i oby tak zostało. To przecież, oprócz Egiptu, Turcji i Maroka, jeden z naszych najchętniej wybieranych kurortów. Ruszam zatem w pierwszej grupie dziennikarzy, którzy wizytowali region pod kątem zasad bezpieczeństwa. I ani przez chwilę nie odczuwam strachu.

Tunezja to najmniejsze państwo Afryki Północnej, a mimo to zajmuje powierzchnię wielkości połowy Polski. Jest zatem krajem całkiem sporych rozmiarów, co może oznaczać dłuższą podróż, jeśli Wasz hotel leży daleko od lotniska. Na szczęście ten, w którym nocuję, znajduje się niemal naprzeciw terminalu w Monastyrze, więc cała podróż z Okęcia trwa niecałe 3 godziny – krócej niż do Trójmiasta. Lecimy w maseczkach, a po przylocie dodatkowo wypełniamy deklaracje zdrowotne. W hotelowych windach i restauracjach znajdujemy oznaczenia na podłodze, przypominające o tym, żeby zachować społeczny dystans. Z kolei 

personel w restauracji nakłada nam część potraw, podając je ponad szklanymi kurtynami. Dogadamy się po francusku, angielsku i włosku. Spróbujcie opanować również kilka zwrotów po arabsku, bo nawet zwykłe szukran, czyli „dziękuję”, czy sabah al-khair odpowiadające naszemu „dzień dobry” nie tylko poprawia atmosferę, ale i udowadnia, że możemy się nauczyć każdego języka.

Chyba że ten ostatni nam ścierpnie. Jestem wszystkożerny, ale niezależnie od wyboru potraw preferuję skracający oddech dodatek w postaci harissy, czyli pasty z papryczek chili, czosnku i oliwy. Podobno kuchnia tunezyjska jest jedną z najbardziej pikantnych na świecie, lecz mnie, któremu w Indiach zdarzało się pochłaniać piekielnie ostre dania, jest ona niestraszna. Pomidory, kapusta i wspomniany ogórek z dodatkiem harissy uwalniają przebogatą głębię doznań. Tak smakuje Tunezja, w której lampka wina Magon, sączonego pod palmą na plaży, albo buteleczka piwa Celtia pozwala choć na chwilę zapomnieć o pandemii. Jest gorąco, ale trawestując słowa pani minister, która przed laty wspominała o tym, że „taki mamy klimat”, w klimacie Tunezji da się wytrzymać, jako że morska bryza znakomicie chłodzi rozpalone ciało. Prawie jak nad Bałtykiem, tylko ciut cieplej.

Nie samą plażą jednak człowiek żyje. Dla mnie idealna podróż to heglowska triada, w której tezą jest coś dla ducha, antytezą coś dla ciała, a syntezą – zakupy. Żeby czynić te ostatnie, warto wymienić dolary albo euro w hotelu. Zachowajcie paragon z transakcji, dinarów nie można bowiem wywozić z kraju i dobrze mieć podkładkę, gdybyście resztę ponownie wymieniali na lotnisku. To najbardziej liberalny kraj arabski, ale przepisy są od tego, żeby ich przestrzegać. Z pamiątek z kolei warto zaopatrzyć się w likier thibarine będący pozostałością po pobycie francuskich mnichów. Czterdziestoprocentowy trunek z daktyli i ziół kosztuje w przeliczeniu na złotówki około 30–40 zł. Warto je wydać i warto również – żeby zaspokoić pęd wiedzy – słuchać przewodników. My mamy 16 województw, a Tunezja 24 gubernatorstwa, zwane wilajami. W wielu z nich czuje się tchnienie historii na plecach, zwłaszcza przebywając w Tunisie, historii Kartaginy. Jeśli zatem do tej pory Hannibal kojarzył Wam się głównie z Lecterem, to tu odnajdziecie tropy z czasów wodza, który zachwiał potęgą Rzymu. A nad Zatoką Tuniską także pozostałości po największym spa swoich czasów. Termy Antonina zbudowane na powierzchni 3,5 hektara przerzucają nas bowiem do innego wymiaru, stworzonego za sprawą panującego w latach 138–161 cesarza Antonina Piusa. Pax Romana w pełnej krasie. W połączeniu ze wzgórzem Byrsa, czyli tunezyjskim Akropolem, są obowiązkowym punktem wycieczki. W obu miejscach na bramkach przechodzimy w maseczkach, sprawdzają nam też temperaturę. Wszystko odbywa się sprawnie, zwłaszcza że nie ma tłumów, a my możemy się skupić na rozkoszowaniu naturą tunezyjskiej różnorodności. W końcu to kraj, w którym od stuleci krzyżowały się wpływy europejskie, arabskie, a nawet orientalne. Widać to wyraźnie w jednej z dzielnic z niesamowitym widokiem na zatokę i port.

Santorini. Tak mówi każdy, kto znalazł się w kwartale białych domów z niebieskimi oknami w mauretańskim stylu, w którym biel oznacza dzień, a błękit niebo. Miejscowi obruszają się nieco na to porównanie, twierdząc, że to Grecy powinni mówić, że jest u nich jak w Sidi Bou Said. Faktem jest jednak, że jedni i drudzy mają szczęście żyć w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie zdarzyło mi się widzieć, zwłaszcza w porze kwitnienia bugenwilli (kącicierń), której nazwa wywodzi się od nazwiska admirała francuskiej marynarki, Louisa de Bougainville`a. A jako że i tutaj nie ma wielu zwiedzających, nawet handlarze atakują potencjalnych klientów z mniejszą zaciętością, uśmiechając się z daleka, a czasem nawet zapraszając na filiżankę herbaty z orzeszkami piniowymi. Na zaspokojenie małego głodu najlepszy jest z kolei brik, czyli naleśnik z francuskiego ciasta faszerowany jajkiem, tuńczykiem i pietruszką. Smaży się go w głębokim oleju, dzięki temu zaraz po podaniu jest gorący i aromatyczny. Niebo w gębie i aż się prosi, żeby cytując kwestię ze Ślepnąc od świateł, rzec: „jest sztywniutko”, a nawet – mimo dystansu do kultury disco polo – wystawić kciuk, jak robi to na wszystkich zdjęciach Zenek Martyniuk.

To tylko wycinek tunezyjskiej oferty. Najważniejsze jest w nim jednak to, że na każdym kroku widać starania gospodarzy związane z obostrzeniami. Tunezja nie bagatelizuje koronawirusa, ale też go nie demonizuje, starając się stawić mu czoła na tyle, na ile jest to możliwe. Stawmy mu czoło i my, mając z tyłu głowy rozsądek i minimalizowanie zagrożenia, niewykluczającego jednak umiejętnego uczestnictwa w atrakcjach, których nie sposób zobaczyć za jednym zamachem. Nie o zamach jednak w podróży chodzi. Na spotkaniach z czytelnikami zadaję widowni pytanie o to, kto jest większym podróżnikiem: czy ktoś, kto zobaczył 185 krajów, czy ten, który odwiedził ich „zaledwie” 74? Tego się nie da w ten sposób wyliczyć. Ważne jest to, co zostaje w głowie i w sercu, a zaległości nadrobimy w trakcie kolejnego wyjazdu. Przypominam bowiem, że odległość z Warszawy do Monastyru pokonuje się samolotem w krótszym czasie niż pociągiem z Warszawy do Wrocławia. Skoro planujemy tam weekendy, planujmy je i w Afryce. Nagrodą będą kąpiele, kuchnia i kontakt z gościnnymi gospodarzami. Zapamiętacie ich na długo, podobnie jak pozostałości po historycznych zabytkach. A zatem hasło na najbliższe miesiące brzmi: do Tunezji, bez amnezji. I jedzcie ogórki, bo są smaczne i zdrowe. I to jest moja porada na podróż.

Zamknij