Strona główna / PORADA NA PODRÓŻ

Opowieści tarninowej treści

Wyobraźcie sobie taki film: zaprawiony w bojach oddział zdobywa strategiczne wzgórze za cenę wielkich strat. Następnego dnia żołnierze otrzymują rozkaz nakazujący wycofanie się z zajmowanych pozycji, co oznacza, że śmierć kolegów poszła na marne. Kiedy jednak niedobitki wracają do bazy, przychodzi kolejna instrukcja, anulująca poprzednią. Bohaterowie ponownie zdobywają szczyt – mają świadomość beznadziejności sytuacji, ale posłusznie idą pod lufy karabinów maszynowych.

Ciekawy scenariusz – tym bardziej że opowieść jest prawdziwa. Bitwa pod Łowczówkiem, tyleż krwawa, co zapomniana, rozegrała się na wzgórzu 343 pod Tarnowem. To właśnie przez nie w dniach 22–25 grudnia 1914 r. przebiegał szlak wojennych działań pierwszej wojny światowej. Polscy żołnierze pod komendą generała Kazimierza Sosnkowskiego po morderczym boju z Rosjanami zdobyli okopy wroga i odparli 16 kontrataków. Świadectwem tych zmagań jest Cmentarz Legionistów Polskich nr 171 w Łowczówku. Wśród poległych znajdują się zarówno rodacy w mundurach austro-węgierskich, jak i żołnierze z zaboru rosyjskiego. Ot, wycinek polskich losów, przypominający oglądającym relacje z Sejmu, że aby lepiej zrozumieć teraźniejszość, warto patrzeć w przeszłość. To również ważna lekcja historii. Od niej proponuję rozpoczęcie wyprawy do Tarnowa, stanowiącego żywy dowód na to, że Polska to nie tylko Monciak i Krupówki, lecz także Wierzchosławice i dom trzykrotnego premiera oraz jednego z najwybitniejszych polityków XX w.: Wincentego Witosa. Przy nim dzisiejsze osobistości życia publicznego wyglądają jak kukiełki, poruszające się na niewidzialnych sznurkach. W skład obejścia wchodzą m.in. budynek mieszkalny, stodoła i inwentarz. W środku znajdziemy zgromadzone dokumenty i rzeczy osobiste gospodarza. Wejście do dworku kosztuje zaledwie 8 zł, a w piątek jest darmowe. Warto poznać życie Witosa, to również przykład biografii na miarę dobrego filmu.

Trzecia lokalizacja wokół Tarnowa to Góra Świętego Marcina. Jej zbocza pokrywały przed wiekami krzewy tarniny, co ma mieć związek z legendą na temat nazwy miasta. Niewysokie wzniesienie liczy sobie zaledwie 384 m, leniuchy mogą jednak wjechać na szczyt samochodem i stanąć na północnej krawędzi progu karpackiego – bo Tarnów leży na granicy tych gór. W pobliżu, w Zawadzie, przycupnął niewielki, aczkolwiek przepiękny drewniany kościół z XV w. Nagrodą za dotarcie do niego będzie panorama miasta, a placek po węgiersku z szarlotką na deser z okolicznej restauracji uzupełni utracone kalorie. Dzięki nim zyskamy siłę na dalszy podbój.

Warto zacząć go od dworca, będącego swoistym wehikułem czasu. To jedna z najpiękniejszych znanych mi budowli tego typu, porównywalna jedynie ze Stacją Kultura w Rumii. Tam jednak szyku zadaje biblioteka, a zabudowa zrewitalizowanego tarnowskiego dworca wygląda raczej na wnętrze eleganckiego hotelu z epoki fin de siècle.

Stamtąd łatwo dostać się spacerem na rynek, z którego budowli łypią na nas podejrzliwie maszkarony, czyli wyrzeźbione postaci jak z horroru. Demony nie mają jednak wstępu do bazyliki mniejszej. Nie pozwolą im na to duchy opiekujące się gigantycznymi nagrobnymi pomnikami znamienitych przedstawicieli rodu Tarnowskich, z których ten najsłynniejszy, hetman wielki koronny Jan Tarnowski, był po prostu właścicielem miasta prywatnego.

Równie ciekawy wydaje mi się niepozorny przy tych budowlach kościółek na Burku, stojący przy miejscowym bazarku. To popularna nazwa zbudowanego z drewna Sanktuarium Matki Boskiej Szkaplerznej, pochodząca od bruku pokrywającego drogę w średniowieczu.

W historii Tarnowa widoczne są ślady kultury żydowskiej. Przed wojną populacja Żydów stanowiła prawie połowę mieszkańców. Tę obecność zaznacza znajdująca się w pobliżu rynku bima, pozostałość po Wielkiej Synagodze.

Na pewno warto zajrzeć również do Muzeum Etnograficznego, żeby poznać losy społeczności romskiej oraz poszukać śladów po Józefie Bemie, twórcy pierwszych oddziałów rakietowych w polskich wojskach, naczelnego wodza węgierskiego powstania i feldmarszałka armii Imperium Osmańskiego. Życie generała to jeszcze jeden gotowy scenariusz na film, którego nie powstydziłby się Hollywood, obsadzając w głównej roli Hugh Jackmana albo Mela Gibsona.

Pytanie, kto za to mógłby zagrać rolę Jana Szczepanika, którego pomnik to zdecydowanie zbyt mały wkład w popularyzację wiedzy o geniuszu zwanym Leonardem da Vinci z Galicji. Szczepanik wymyślił bowiem nie tylko barwną fotografię, lecz także, o czym mało kto wie, telewizor. Telektroskop z 1897 r. powstał przed braćmi Lumière i Edisonem, choć ci mieli większą siłę przebicia. I ta historia również nadaje się na ekran – pokazałaby światu, że nie wypadliśmy sroce spod ogona. Może ktoś z Was weźmie się za bary z tą opowieścią…?

W oczekiwaniu na wenę twórczą skosztujcie aromatycznej nalewki z tarniny i spróbujcie wejść na wieżę na rynku, żeby zobaczyć perłę renesansu w pełnej krasie. Tarnów liczy ok. 450 tys. mieszkańców, więc jest na co patrzeć, nawet jeśli wieje jak w moim rodzinnym Kieleckiem. Co prawda tak jak Suwałki nazywane są polskim biegunem zimna, tak Tarnów reklamuje się jako polski biegun ciepła – ale z pogodą różnie bywa, bo, cytując jedną z europosłanek, taki mamy klimat. Na szczęście można się rozgrzać w znajdującym się w centrum czerwonym szynobusie. Tarnów był bowiem, oprócz Krakowa i Lwowa, jednym z trzech miast Galicji, w których kursowała popularna Biedronka. Mimo że nie jest to oryginał, ale replika pojazdu z lat międzywojennych, kawa i przekąska smakują równie dobrze jak w czasach, kiedy do wypieków chemii nie dodawano. Cafe Tramwaj prowadzi profil na Facebooku i kusi energią zaklętą w pysznych ciastach. Pamiętajcie, żeby koniecznie tam zajrzeć, gdy tylko skończą się obostrzenia.

Na większy posiłek zapraszam do restauracji, której nazwa – Tatrzańska – sugeruje, że jesteśmy w górach. Zupełnie mnie to nie dziwi. Skoro w Szczecinie stoi znakomita Watra, z kuchnią równie sycącą jak na Kalatówkach, to w Tarnowie tym bardziej można znaleźć podhalańskie specjały, bo do Tatr jest stąd bliżej – tak jak z Radomia do Afryki, o czym przekonywał kiedyś jeden z polityków partii rządzącej. Żurek Ożgów po tarnowsku, z cebulą, jajkiem i kiełbasą, oraz serniki, makowce i torciki przeniosą nas przez podniebienie i żołądek do czasów Franza Josefa – i tylko patrzeć, gdy w drzwiach stanie dobry wojak Szwejk.Tarnów ma po Krakowie najwięcej zabytków, co szczególnie widać na starówce. Wciąż znajduje się w cieniu dawnej stolicy Polski, ale z powodu mnogości atrakcji z każdym rokiem zyskuje na popularności. Dlatego na pewno mogę polecić wizytę w Tarnowskim Centrum Informacji, bo to najlepszy tego typu punkt w Polsce. Można – i trzeba – nabyć tu na prezent drewniane korale, które również nawiązują do tarniny. A jeśli czas nie goni, warto przejechać się autobusem do Mościc. Dzielnica ta, nazwana od nazwiska prezydenta Mościckiego, szczyci się prężnie działającym ośrodkiem kultury, a także skarbem, na który chrapkę ma konkurencja zarówno ze wschodu, jak i z zachodu. Zakłady Azotowe to strategiczne miejsce, o którym warto wiedzieć, nawet jeśli nie jest nam dane go zobaczyć. Koniecznie trzeba natomiast zobaczyć Dunajec. Nie, to nie pomyłka – to ta sama rzeka, która jest znana z tatrzańskich spływów. Warto pokontemplować chwilę jej silny nurt, stojąc na kamienistej plaży. Ja tak zrobiłem pod koniec zdjęć z ekipą z „Dzień Dobry TVN” – i od tamtej pory mam przed oczami filmowy zachód słońca ze słowami The end. Z nadzieją na sequel, bo w mieście znajdzie się więcej pomysłów na dobre kino i opowieści tarninowej treści. I to jest moja porada na podróż.

Zamknij