Strona główna / Ameryki

Miami. Huragan zmysłów

Ekscytuje, porywa, łączy kontrasty i wpływy z całego świata, tworząc mieszankę wybuchową. Miami Beach powstało, by cieszyć oko turystów, ale dziś ma znacznie większe, iście artystyczne ambicje.

Fot. Julia Zabrodzka

„Widzisz tę wielką latającą krowę? Stoję dokładnie pod nią, o tutaj!” – Dave, tęgi Afroamerykanin koło pięćdziesiątki, jedną ręką przyciska telefon do ucha, drugą wyciąga nad głowę i macha co sił. Wokół ludzi mrowie, na niebie też tłoczno. Jest wspomniana krowa, jest kilkunastometrowa ośmiornica, są smoki, a między nimi setki mniejszych, wielobarwnych kształtów na żyłkach. „Był jeszcze wieloryb. Ogromny, długi na 150 stóp! Szkoda, że musieliśmy go uziemić” – ekscytuje się Dave i przerywa na moment, by uściskać znajomego, którego wreszcie wypatrzył w tłumie. Przyjechał aż z Nowego Jorku: kawał drogi, ale było warto. Tam zimno, szaro, ponuro, tu słońce, palmy, plaża. No i wiatr! A to dla Dave’a i wszystkich, którzy zebrali się w Haulover Park, najważniejsze. Zadzieramy głowy: nad nami furkoczą setki kolorowych latawców. Dziś w Miami ich doroczny festiwal.

Fot. Julia Zabrodzka

Miasto latawiec. Lekkie, zwiewne, radosne, w krzykliwych kolorach – unosi się frywolnie na ciepłej atlantyckiej bryzie, zrodzone nieco ponad 100 lat temu z kaprysu, by bawić i cieszyć oko. Założyciel Miami Beach, John S. Collins, początkowo planował stworzyć tu plantacje pomarańczy, mango i awokado, ale pod wpływem współinwestora Carla Fishera zmienił zdanie. Niemal na samym koniuszku Florydy, w krainie wiecznego lata, panowie postanowili stworzyć kurort idealny. Wymagało to nie lada fantazji: na początku XX w. w miejscu Ocean Drive, dziś jednego z najsłynniejszych bulwarów świata, rozciągał się gąszcz namorzynów. Nawet piasku nie było za wiele: szeroką dziś plażę usypali na karczowisku ściągnięci z Bahamów robotnicy. Wyspę, na której powstawało Miami Beach, połączyli ze stałym lądem drewnianym mostem, wówczas najdłuższym na świecie, postawili kilka pawilonów kąpielowych, wytyczyli parę ulic. Na czarno-białych zdjęciach w świetnym muzeum Wolfsonian-FIU oglądamy Miami Beach z 1916 r.: samotne molo, piaszczysty trakt, przy nim luźno rozrzucone domy nieco ponad setki stałych mieszkańców. Wkrótce doprowadzono elektryczność, uruchomiono tramwaj, zbudowano szkołę i pocztę. Pierwsi wczasowicze pluskali się w oceanie, oglądali wyścigi łodzi motorowych.

Skromne początki natura starła w proch w jeden dzień. 18 września 1926 r. porywy wiatru sięgające 230 km/h łamały palmy i zrywały dachy, kilkumetrowy przybój zatopił hotele i kasyna. Tropikalnym cyklonom nie nadawano wtedy imion, ale ten huragan mieszkańcy Florydy, którzy nie raz doświadczyli furii żywiołów, do tej pory nazywają „Wielkim”. Niejedno miasto nie podniosłoby się po takim kataklizmie. Miami Beach potraktowało go niczym wyzwanie – jak gdyby natura chciała mu powiedzieć: „Stać cię na więcej!” i wręczyła ponownie białą kartę.

Miami zapełniło ją imponująco, tworząc przyciągający turystów po dziś dzień pejzaż miejski. „Dzielnica South Beach to jedno z największych i najważniejszych na świecie skupisk architektury art déco” – opowiada Jeff, wolontariusz z opiekującej się zabytkami Miami Design Preservation League (MDPL), prowadząc nas nadmorskim Ocean Drive przez kolorowy tłum plażowiczów i spacerowiczów. „Zaprojektowano ją z jedną myślą: miała się podobać i uprzyjemniać pobyt”. Zatrzymuje się przed Casa Casuarina. Fantazyjna, balansująca na granicy kiczu willa (zachwyciła Gianniego Versace tak bardzo, że wybrał ją na swą florydzką rezydencję) to kwintesencja stylu Mediterranean Revival. „Pseudomauretańskie kolumienki, nawiązujące do baroku woluty, stara dachówka specjalnie ściągnięta z Kuby” – wylicza Jeff. „MedRev ucieleśniał fantazje Amerykanów o szyku francuskiej riwiery. Miami Beach w latach 20. i 30. reklamowano wszak jako śródziemnomorski kurort dostępny dla każdego. Taki, gdzie można dotrzeć pociągiem, a nie transatlantykiem” – wyjaśnia.

W drugiej połowie lat 30., wraz z nastaniem stylu art déco, ornamenty uproszczono i nadano im bardziej geometryczną formę. Zmienił się też przewodni temat tęsknot i fantazji – z wyimaginowanej Europy na rzecz szeroko pojętej tropikalności. W zdobieniach pojawiają się fale, żółwie i koniki morskie, okna przyjmują krągłą formę okrętowych bulajów, ściany wykłada się keystone, chropawym wapieniem z raf koralowych, w którym zastygły muszle i morskie żyjątka. Z pokrytej płaskorzeźbami fasady hotelu Marylin mrugają do nas wesoło różowe ryby i pomarańczowa rozgwiazda. „A to ziggurat roof, luźne nawiązanie do budzących już wówczas fascynację azteckich piramid i świątyń” – Jeff wskazuje geometryczne, schodkowe zwieńczenie bryły hotelu Leslie. Kolejna dekada to lata świetności stylu Streamline. Ostre kąty zaokrąglają się, poziome linie wydłużają niczym kolorowe smugi pędzących aut, jak przystało na epokę zafascynowaną ruchem i prędkością. Niezmienne pozostawało jedno: Miami Beach zawsze było ucieleśnieniem wszystkiego, co ekscytuje, rozbudza zmysły i wyobraźnię.

Fot. Julia Zabrodzka

Na żywo i w kolorze. Z czasem jednak South Beach utraciło blask. Neony zaczęły blednąć, krzykliwe zdobienia – płowieć i szarzeć. To, co dawniej bawiło, teraz zbywano wzruszeniem ramion. Turyści przenieśli się na północ, do coraz wyższych i wyższych, nowo budowanych hoteli. Dzielnica podupadła, a zapomnianym perełkom art déco w puste okna zaczęło zaglądać widmo zagłady. To jeden, to drugi budynek wyburzano, by zrobić miejsce pod nowe inwestycje. Gdy w 1981 r. buldożery zwaliły w gruzy New Yorker Hotel słynnego architekta Henry’ego Hohausera, miarka się przebrała – przynajmniej dla dwojga miłośników art déco i założycieli MDPL: Barbary Capitman i Leonarda Horowitza. „To dzięki ich zaangażowaniu całą dzielnicę objęto ochroną. Dziś status zabytków ma aż 12 tysięcy obiektów w South Beach, od 6. po 23. ulicę i kilka przecznic w głąb od Ocean Drive” – opowiada Jeff. Są wizytówką miasta i tworzą jego niepowtarzalny klimat.

Capitman i Horowitz potraktowali zabytki z typową dla Miami fantazją i rozmachem. By przywrócić im blask, postanowili je… pomalować. „Trzeba było uwolnić je od tych upiornych beży i brązów” – wspominał Horowitz, młody nowojorski projektant, dla którego płótnem stało się florydzkie art déco. „Stworzyłem paletę kolorów, czerpiąc z zachodów i wschodów słońca, letniego i zimowego oceanu, złocistego piasku plaży. To one inspirowały niegdyś architektów. W ich bogactwie kryje się nieskończona mnogość pasteli” – wyjaśniał. „Kolory miały podkreślić ornamenty, dominujące linie, motywy, geometrię” – dodaje Jeff. „Wydobyć to, co w tej architekturze najcenniejsze, najbardziej charakterystyczne”. Udało się: wróciły barwy, wrócił blask, wróciło życie. Miami Beach znów działa na przyjezdnych jak magnes – na każdego z niespełna 100 tysięcy stałych mieszkańców rocznie przypada średnio niemal 100 turystów. Miami maluje się dla nich i stroi do dziś.

Fot. Julia Zabrodzka

Magazyn sztuki. Ze ściany spoglądają na nas dwie Indianki – a ściślej mówiąc, prosto w oczy patrzy ta po prawej, z gałązką oliwną w dłoni; druga, w kwiecistym wianku, trzymająca kolbę kukurydzy, skierowała wzrok w dół i w bok. Trzy kobiety ze ściany obok skryły twarze pod maskami ni to lisiczek, ni to ptaków. Dalej matka z dzieckiem w ramionach, ukryta wśród gąszczu koronkowych wzorów; psychodeliczny, podszyty erotyką kolaż utrzymany w estetyce mangi; lewitujący w złocistych sferach Budda z nogami splecionymi w kwiat lotosu. Gdzie nie spojrzeć, orgia kolorów, wzorów i wyobraźni.

Miami nadal lubi mocne barwy, a za płótno i sztalugi ciągle służą mu ściany. Twórczy ferment przeniósł się jednak na stały ląd, do Design District i sąsiadującego z nim Wynwood. To właśnie tu, w podupadłej do niedawna dzielnicy magazynów i warsztatów, od 2009 r. powstaje jedna z najlepszych na świecie galerii street artu: Wynwood Walls. Jej pomysłodawca, Tony Goldman, oddał ściany kilku zaniedbanych hal we władanie artystek i artystów z całego świata: Chile, Francji, USA, Japonii, Brazylii, Chin. Ale że streetartowcy nie lubią sztywnych ram, ich dziełami pokryło się wkrótce kilkanaście kwartałów, od 20. po 37. ulicę. Prace gwiazd sąsiadują z pierwszymi próbami początkujących, nieznanych jeszcze adeptów sztuki, a w sobotnie popołudnie galimatias murali ożywia przechadzający się ulicami kolorowy tłum. W przeciwieństwie do South Beach więcej niż turystów jest tu miejscowych. Ustawiają się przed barami w kolejkach nie po tropikalne drinki z palemką, tylko po kraftowe piwa i kawę z dripa, jak przystało na hipsterów z artystowskimi ambicjami.

„W kilkanaście lat Miami wyrosło na jedną z artystycznych stolic półkuli zachodniej” – opowiada malarz i rzeźbiarz Edouard Duval-Carrié. On sam osiadł tu nieco wcześniej, jeszcze w latach 90. „W ciągu roku odbywa się przynajmniej 10 naprawdę ważnych imprez. Podczas Art Basel Miami, jednych z największych targów artystycznych na świecie, każdy, kto ma coś wspólnego ze sztuką, łapie młotek i garść gwoździ i wiesza swoje prace, gdzie się da” – śmieje się. W mieście działa kilka świetnych muzeów – choćby Bass Museum of Art w Miami Beach, Pérez Art Museum Miami czy Rubell Family Art Collection – a w samym Wynwood galerii jest ponad sześćdziesiąt, nie wspominając o pracowniach artystów. Edouard swoją urządził nieco dalej na północ, w dzielnicy Little Haiti. Oprowadza nas po jasnym wnętrzu i opowiada o swojej sztuce, inspirowanej w większości kulturą ojczystej wyspy. Ceramiczne głowy – wizerunki haitańskich bogów – jarzą się intensywnymi kolorami, za to zawieszone na ścianach płótna zaskakują mroczną estetyką. „Pochodzą z cyklu Tropics revisited. Zagłębiam się w nim w ciemną stronę Karaibów. To mój rozrachunek z rajską wizją tropików, stworzoną przez europejską i amerykańską sztukę XIX i XX w.” – wyjaśnia artysta. Obrazy są utrzymane w czerni, granacie, turkusach, z mieniącymi się niepokojąco pasami srebrzystego brokatu. Na jednym kościotrup we fraku i w cylindrze spogląda na leżące w dole miasto. „Namalowałem go tuż po trzęsieniu ziemi, które w 2010 r. spustoszyło Port-au-Prince, stolicę Haiti. To Baron Samedi, pan podziemi, patrzy na ruiny” – komentuje Edouard.

Fot. Julia Zabrodzka

Od Hawany po Buenos. Na haitańskie motywy i bogów natrafiamy nie tylko w jego pracowni. Widać je choćby w botanicas, sklepach ze świecami, figurami, kadzidłem – wszystkim, co niezbędne do rytuałów wudu, religii dość powszechnej w społeczności haitańskiej. „Miami, obok Montrealu czy Nowego Jorku, to jeden z głównych ośrodków naszej diaspory” – wyjaśnia Jean-Claude, którego zagadujemy w Libreri Mapou, haitańskiej księgarni mieszczącej się jakieś dwie przecznice od pracowni Edouarda. Z nami mężczyzna rozmawia po angielsku, z księgarzem, najwyraźniej swoim dobrym znajomym – po kreolsku. „Znając tylko jeden język, nie masz w Miami czego szukać. Trzy to minimum: regularnie czytam Diario, by szlifować hiszpański” – Jean-Claude uśmiecha się i wskazuje wymiętą poranną gazetę.

Ma rację: bez hiszpańskiego w Miami ani rusz. Historia najbardziej latynoskiej metropolii USA zaczęła się od osiedlenia się tu diaspory kubańskiej po triumfie rewolucji Fidela Castro. Położona w południowej części centrum dzielnica Little Havana – a zwłaszcza jej najsłynniejsza ulica, Calle Ocho – przyciąga turystów zapachem cygar i widokiem starszych panów grających w domino rodem z oddalonej o jakieś 350 km „prawdziwej” Hawany. Dziś jednak Kubańczycy nie mają już w Miami monopolu: poza ich ulubioną ropa vieja – potrawką z szarpanej wołowiny podawanej z ryżem i czarną fasolą – zjemy tu meksykańskie tacos, honduraskie baleadas czy arepas z Wenezueli, a wprawne ucho wyłowi z ulicznego gwaru akcent rodem z Argentyny czy Kolumbii.

Właśnie taką międzynarodową atmosferę chłoniemy na festiwalu w Haulover Park. Przechadzamy się po wąskiej wyspie oddzielającej lagunę od otwartego oceanu. Wśród palm słychać rozmowy po hiszpańsku i rosyjsku, portugalsku i japońsku. Do serwującego dania z ziemniaków food trucka Peru Sabroso i sąsiedniego Food Dude z przysmakami z Karaibów stoją w kolejkach Hindusi i ortodoksyjni Żydzi. Przywiało ich tu z całego świata – raczej nie na wakacje, tylko za marzeniami, za pracą. Ale dziś niedziela, mają wolne, mogą odetchnąć, odpocząć. Zgodnie zadzierają głowy i patrzą w malowane latawcami niebo.

Jak dojechać? Od kwietnia 2021 r. LOT ma przywrócić bezpośrednie połączenie z Warszawy do Miami. Na razie pozostają loty z przesiadką w Amsterdamie, Paryżu, Zurychu czy Londynie. Za bilet w dwie strony zapłacimy od 1800 zł. Wizy do USA nie są już wymagane, ale przed podróżą trzeba zarejestrować się w elektronicznym systemie ESTA.

Kiedy jechać? Najlepiej od grudnia do marca, by cieszyć się przyjemną, słoneczną, ale nie upalną pogodą. W tym okresie odbywa się też najwięcej imprez i festiwali: począwszy od wielkich targów sztuki Art Basel Miami Beach i Art Miami w grudniu, przez styczniowy Art Deco Weekend i lutową kulminację sezonu w postaci President’s Day Weekend (m.in. festiwal Art Wynwood oraz Boat Show i Yacht Show, czyli jedne z największych targów luksusowych łodzi na świecie), aż po pełen latynoskich rytmów Carnaval Miami na początku marca. Niestety, w związku z pandemią większość imprez tym razem odbędzie się zapewne co najwyżej wirtualnie.

Gdzie spać? Najlepiej w South Beach: ceny są tu wyższe, ale w pełni rekompensuje je przyjemność porannego spaceru po plaży czy wieczornej przechadzki po Ocean Drive. Do Little Havana, Wynwood, a nawet Haulover Park można stąd dojechać autobusami, choć niestety komunikacja miejska nie jest w Miami najlepsza – wygodniej będzie skorzystać z taksówki lub Ubera.

Zamknij