Strona główna /

Miłość na Wyspie Słonia

„Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich coś zupełnie innego niż to, po co się przyjechało” – Nicolas Bouvier

Fot: Shutterstock

Kiedy znajdziemy się na zakręcie
Ko Chang (Wyspa Słonia) jest trzecią pod względem wielkości wyspą Tajlandii, z wieloma malowniczymi plażami i górzystym terenem z gęstym lasem deszczowym, zajmującym ponad 70% jej powierzchni. Znajduje się ok. 300km od Bangkoku, na wschodnim wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej. Ze stolicy kraju można dostać się na kilka sposobów do miejscowości Trat i stamtąd czeka nas godzinna przeprawa promem bezpośrednio na Koh Chang. Większość wyspy należy do Parku Narodowego Mu Ko Chang, więc teren nie jest mocno eksploatowany. Drogi prowadzą jedynie dookoła wyspy. Ruch jest lewostronny, różnice poziomów znaczne, a zakręty bardzo ostre. Najbezpieczniejszą i najłatwiejszą formą przemieszczania się są taksówki z odkrytą paką dla pasażerów. Machasz ręką zatrzymując biało-czarne auto z napisem TAXI, płacisz (ceny są ustandaryzowane: ok.40 bahtów za każde 5km) i wskakujesz do tyłu podziwiać trasę z wiatrem we włosach i trzymając równowagę oraz tobołki przy zakrętach. Niestety taxi nie dojeżdżają na wschodnią stronę wyspy. Tylko i wyłącznie wprawnym kierowcom polecam skuter. Na najbardziej newralgicznej serpentynie, pojazd dolny czeka aż górny zjedzie, aby żaden nie skończył w przepaści.

„Ze wszystkich książek na świecie najlepsze historie można znaleźć na stronach paszportu”

Fot: Shutterstock

Koh-Kham Cię
Jak oświadczyć się na Ko Chang, porada mojego męża krok po kroku. Zabierz ją na plażę (np. Klong Prao) – od razu po dobie w podróży, rano, jeszcze w trakcie omamienia jet lagiem. Usiądźcie przy samym brzegu. Niech czuje fale pod stopami i piasek pod pośladkami. Zerwij dla niej kilka kwiatów frangipani, pęczek bungewilli dla klimatu. Wtedy się oświadcz. Dookoła pusto, widok egzotyczny, a każdy pierścionek w słońcu będzie się mienił po stokroć. Następnie powiedz jej, że ma godzinę na śniadanie i spakowanie się. Popłyńcie małą barką wzdłuż kanału Klong Prao do malowniczego kompleksu bungalowów na palach (Aana Resort&Spa). Cały dzień cieszcie się sobą, spacerujcie po ogrodzie odkrywając jak wyglądają kwiaty bananowca, obserwujcie wygłodniałe makaki racząc się wodą kokosową. Wieczorem zabierz ją na rejs drewnianą gondolą z kolacją z pad thai, czerwonym lucjanem i lokalnym winem z mangostanu. A wracając niech gondolier zgasi lampiony i wypatrujcie mrugających w zaroślach świetlików. Następnego dnia kupcie w przystani Bang Bao bilet na speed boata na całodniowy snorkling na pobliskiej wysepce Koh-Kham, tylko dlatego, że jej nazwa skojarzyła się wam z wyrazem ‘kocham’. Odkryjcie, że wysepka ma krystaliczną, lazurową lagunę z wulkanicznymi skałami, rafę pełną krabów i ławic ryb. Prawdziwa dziewicza ostoja.

Fot: Shutterstock

W domu tarantuli
Jedną z ciekawszych wycieczek, które można kupić w każdym lokalnym biurze podróży na wyspie jest trekking po lasach deszczowych. Do wyboru mamy kilka tras i długości przeprawy, w zależności od naszej chęci, sprawności oraz czy to wyprawa dla dorosłych czy rodzin z małymi dziećmi. My zdecydowaliśmy się na najdłuższy, ośmiogodzinny trekking po lesie w wiosce Kai Bae. Grupką około dziesięciu osob, z lokalnym przewodnikiem Rahtem (facebook: Kohchang Guide Raht) przemierzaliśmy gęsty las deszczowy. Widzieliśmy dziesiątki kameleonów, skolopendrę, motyle wielkości dłoni, wąchaliśmy liście pieprzu i bujaliśmy się na zdrewniałych lianach. Mimo wydeptanych ścieżek, było wiele momentów wymagających pochylania się, czołgania czy omijania kolczastych pni palmowych. W pewnym momencie znaleźliśmy norę spowitą delikatną pajęczyną. Przewodnik kazał nam ustawić się dookoła, w odległości około metra i na lekko zgiętych nogach w pełnej czujności. Wyjął z kieszeni urwaną wcześniej małą gałązkę, najprawdopodobniej eukaliptusa (jest to jeden z zapachów nietolerowanych przez pająki). Następnie usunął za jej pomocą pajęczynę blokującą otwór i zaczął powoli i precyzyjnie wsuwać i wysuwać gałązkę do nory. Po parunastu sekundach wyskoczyła w progu rozjuszona tarantula wielkości męskiej dłoni. Powoli wróciła do swojego domu, a my zostaliśmy tak unieruchomieni z wrażenia jeszcze dobrą chwilę. Ostatnim punktem przeprawy była kąpiel pod orzeźwiającym wodospadem Kai Bae.

Fot: Shutterstock

Kąpiel ze słoniem
Jak sama nazwa wskazuje, na wyspie słonia powinniśmy doświadczyć spotkania z tymi zwierzętami. Niestety nie zobaczymy tu dziko żyjących słoni azjatyckich. Znajdziemy za to dwa tzw. elephant camps – Ban Kwan Chang Elephant Camp (w głębi lasu deszczowego) oraz Kaibae Meechai Elephant Camp (w pobliżu głównej drogi). Dotychczas oba campy oferowały możliwość karmienia słoni, jazdę na nich w metalowym siedzisku bądź na oklep na szyjach, wspólną kąpiel ze zwierzęciem. Od 2020 Ban Kwan Chang Elephant Camp został przejęty przez nowego właściciela, który wycofał możliwość jazdy na słoniach. Te zwierzęta pomimo słusznego rozmiaru, mają zupelnie nieprzystosowany kręgosłup do udźwigu wagi dwóch dorosłych osób plus metalowego nosidła. Słonie są zadbane, nakarmione, bez widocznych ran. Jednak dla bezpieczeństwa turystów i ich opiekunów (zwanych mahout) stosowane są łańcuchy i kije zakończone hakiem. Warunki na wyspie nie pozwalają na stworzenie słoniom dużego sanktuarium na wzór Elephant Nature Park w Chiang Mai, gdzie mogłyby poruszać się zupełnie swobodnie. Nie ma też gwarancji, że bojkot takich miejsc sprawiłby, że znajdą się pieniądze na przeniesienie słoni do istniejących sanktuariów lub adaptację do życia na wolności. Do nas należy decyzja czy wesprzemy finansowo utrzymanie słoni w takich warunkach jakie oferuje wyspa. Po doświadczeniu trekkingu ze słoniami na Koh Chang i safari w Game Park Rererve w Seleous w Tanzanii, wybieram tą drugą atrakcję. Emocje związane z obserwacją z bliska tych majestatycznych zwierząt są równie mocne, a sumienie pozostaje spokojne.

Fot: Shutterstock

Coś na ząb
Tajlandia słynie przede wszystkim ze wspaniałego streetfoodu. Warto jednak, dla odmiany, wspomnieć o ciekawych, szybkich przekąskach, dostępnych w przydrożnych sklepikach 7 eleven. Nasze plany zwiedzania rzadko kiedy zakładają czas na długi, porządny posiłek, więc ratujemy się tym co da się wziąć na drogę do plecaka. Zacznę od słonych przekąsek. Mamy całą gamę opakowań z płatami jadalnych, sprasowanych wodorostów Tao Kae Noi. W formie przypominają znane z czasów dzieciństwa andruty. Możemy dostać smak klasyczny lub kilka wariacji na ostro. Dla amatorów czipsów są Laysy o smaku Miengkam Krobos. Jest to azjatyckie danie, którego głównym składnikiem są liście piper sarmentosum (pot.dzikiego betelu) lub koralodrzewu wypełnione prażonymi wiórkami kokosowymi doprawionymi czonkiem, limonką, chilli, suszonymi krewetkami. Jedliśmy również chrupki o smaku kałamarnicy oraz suszone kawałki ryb uformowane w podłużne, jasne żelki. Ze słodkości mamy przede wszystkim paczki z suszonymi kawałkami owoców. Skusiliśmy się na jackfruita, papaję i kokosa. Przekąską, którą mogę porównać do naszych rogalików z czekoladą były miękkie ciastka w kształcie pianki marshmallow z zielonym nadzieniem trawy cytrynowej. Znaleźliśmy również odpowiednik wafelków Familijnych, ale o smaku niezbyt urodziwego, a jakże słodkiego mangostanu. Najbardziej smakowały mi słodkie wariacje lokalnych oraz znanych produktów, takich jak Oreo, KitKat, czy japońskie paluszki Pocky z zieloną herbatą (matcha).

Na Wyspie Słonia można zakochać się we wciąż niewiele naruszonej przyrodzie, w tak odmiennym dla europejskiego podniebienia jedzeniu, w spokojnym i radosnym usposobieniu Tajów. Można też ponownie zakochać się w swoim towarzyszu podróży, bo „kochać to chcieć przemierzyć cały świat we dwoje, po to, by nie było miejsca na ziemi wolnego od wspólnych wspomnień.” – Ernest Hemingway

Zamknij