Strona główna / WEWNĄTRZ PODRÓŻY

O istocie podróżowania

Uwielbiam podróżować. I właściwie stawianie sobie pytania, po co podróżujemy, wydaje się tu pozbawione sensu. Jednak gdy o tym myślę, często wspominam słowa filozofa Leszka Kołakowskiego, który pisał, że w podróżach nie chodzi nam o to, żeby się czegoś nauczyć, ale ciągnie nas do nich potrzeba nowości.

Kiedy na początku pandemii świat się zamknął, wielu moich znajomych ubolewało nad tym, że nie mogą nigdzie wyjechać, że nie wiedzą, jak spędzą weekend majowy czy wakacje, które od kilku lat niezmiennie kojarzyły im się z podróżowaniem. We mnie samej, pomimo natłoku zajęć i obowiązków, pojawił się żal. Bo jak to? W tym roku nie odwiedzę mojej ukochanej Toskanii, nie zobaczę Rzymu, nie poleżę gdzieś na plaży pełnej słońca i cudownego piasku?

Czas lockdownu przyniósł mi refleksję o podróżowaniu. O tym, czym ono dzisiaj dla nas jest, kiedy świat tak bardzo się skurczył. Pamiętacie jeszcze, że kiedyś podróż z Warszawy do Krakowa wydawała się nie lada wyprawą? Ba, odwiedzenie cioci mieszkającej niecałe 100 km od nas jawiło się jako wielka przygoda, choć marzyliśmy, by jak bohaterowie naszych książek dzieciństwa i nastoletniości podróżować w nieznane, odkrywać tajemnicze zakamarki świata, gdzie nikt jeszcze nie dotarł.

Dziś, by dowiedzieć się czegoś nowego o świecie, tak naprawdę nie musimy nigdzie podróżować. Wystarczy, że włączymy telewizor, zajrzymy do Internetu i znajdziemy wszystko, co nas interesuje. Od przepisów na nieznane potrawy, których chcielibyśmy skosztować, po programy opowiadające o tym, jak żyją ludzie w odległych częściach globu.

Czy więc słuszną tezę stawiał Leszek Kołakowski, twierdząc, że nie podróżujemy dla wiedzy, którą możemy zdobyć na miejscu, bez wychodzenia z domu? Że wiedzie nas potrzeba nowości, której źródłem jest ciekawość tego, czego jeszcze nie doświadczyliśmy?

Zdarza się, że ktoś, kto wrócił z miejsc, do których i ja bym chciała dotrzeć, opowiada o hotelach, basenach, pysznym jedzeniu. Ale gdy pytam: „A ludzie? Jacy ludzie tam są?” – otwiera ze zdumienia oczy, bo cóż to za pytanie? „Ludzie jak ludzie” – słyszę. I wtedy wiem, że ta wyprawa nie miała nic wspólnego z istotą podróżowania rozumianą przeze mnie.

Dziś podróż przede wszystkim kojarzy się nam z wypoczynkiem, czasem relaksu. To takie proste – wsiadamy w samolot, na lotnisku czeka autokar, który przewozi nas do wybranego hotelu. Odpoczywamy. Ale czy podróżujemy? Czy nie jest tak, że zamiast podróżować, szukamy komfortu, nie wychodzimy poza jego granice, pozostając w sferze tego, co znane i bezpieczne?

Nie mówię, że musimy od razu udawać się do dżungli, spać na pustyni czy przemierzać bezkresy afrykańskich stepów.

Pewnego dnia moja przyjaciółka zabrała mnie w Bieszczady. To był dla mnie trudny czas, a ona powiedziała, że nic tak nie leczy duszy jak chodzenie po górach. Dałam się namówić, choć szczerze mówiąc, nigdy nie rozumiałam fascynacji górską wędrówką. Cóż zaskakującego i niesamowitego może być w chodzeniu raz w górę, raz w dół? Ale postanowiłam spróbować. Okazało się, że to była jedna z lepszych podróży w moim życiu. Nie, wcale nie w jakieś turystycznie atrakcyjne miejsca za granicą, którymi chwalimy się w social mediach (choć najczęściej tylko widokiem z hoteli).

To była wyprawa, która obudziła we mnie właśnie potrzebę nowości, o której pisze Kołakowski, i ciekawość, nie tylko tego, co mnie otacza, ale też moich własnych możliwości i ograniczeń. Nagle okazało się, że mogę zatrzymać się na skraju lasu, oniemieć z zachwytu i trwać w tym stanie przez kilka minut, by później – umęczona, z zadyszką, przeklinając w duchu pomysł wejścia na jakąś górę – stanąć na szczycie i rozejrzeć się wokół.

Poczułam, że nagle, w tym momencie, coś zaczyna się na nowo. Że ta kilkugodzinna „podróż” na własnych nogach otwiera przede mną nowy rozdział, pokazuje nowe horyzonty i możliwości. Było w tym coś metafizycznego, co trudno objąć rozumem i racjonalnie wytłumaczyć, ale jeśli ktokolwiek z Was w podróży doświadczył takich emocji, doskonale wie, o czym piszę.

Gdybym miała się pokusić o moją definicję podróży, to powiedziałabym, że jej istotą jest odkrywanie tego, co nowe w nas, a do czego podróże nas skłaniają. To wychodzenie ze swojej strefy komfortu i doświadczanie tego, co dziś dla nas nieznane, a co sprawia, że stajemy się bardziej kompletni i uważniejsi na wszystko dookoła – również na nas samych. I nie chodzi mi o atrakcje, które nadwyrężają portfel czy pochłaniają i tak wciąż zbyt małą ilość czasu. To truizm powtarzany od wielu lat: każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Trzeba tylko wiedzieć, w którym kierunku chcemy zmierzać, co jest naszym celem, po co ruszamy w drogę. Może właśnie od tego pytania powinniśmy zacząć: po co wybieramy się w podróż i czy będzie ją można rzeczywiście nazwać podróżą?

Jeśli potrzeba nowości jest źródłem naszego podróżowania, to nawet ta najmniejsza wyprawa może się okazać czymś więcej niż po prostu odwiedzeniem kolejnego miejsca, zdobywaniem wiedzy na temat zabytków, kultury czy relaksem i odpoczynkiem. To fascynacja i ciekawość tego, co niepoznane, które budzą się w nas podczas podróży, dają poczucie, że nasz wewnętrzny świat jest coś wart. Nie jest jedynie obrazem smutku, przyzwyczajeń i rutyny codzienności.

Kiedy stałam na jednej z połonin, wtedy w Bieszczadach, pomyślałam, że świat jest piękny i że cudem jest móc tego doświadczać, móc się tym upajać. Chciałam, by ta chwila trwała wiecznie, by te emocje i ta refleksja zostały ze mną już na zawsze. Nie jest to możliwe, bo przecież wracamy do naszego dnia powszedniego, wpadamy w wir pracy, nawyków, mechanizmów. Ale coś się zmienia, jest w nas coś nowego, czego nigdy nie doświadczymy, siedząc w domu, rezygnując z podróżowania.

Czasami przed zaśnięciem przypominam sobie tamten moment, który rozbudził we mnie nadzieję, dał spokój i ukojenie. Wtedy uśmiecham się do siebie i myślę, że to była jedna z najpiękniejszych podróży w moim życiu. Nie tylko do niepoznanego przeze mnie miejsca, ale też w głąb siebie. Ta wyprawa nie tylko zmusiła mnie do zrobienia fizycznie kroku do przodu, zmierzenia się z trudnościami, ale również pozwoliła tej małej dziewczynce mieszkającej we mnie przypomnieć sobie o zachwycie, o szukaniu nowych dróg dla samej siebie i odkrywaniu w sobie tego, o czym zapomniałam albo czego nie zdążyłam jeszcze poznać.

Właśnie takich podróży Wam życzę.

Zamknij