Strona główna / Afryka

Ocean zieleni

Mało który zakątek Ziemi oferuje tak spektakularne krajobrazy, jak RPA ze swoim przepięknym wybrzeżem na styku dwóch oceanów. Bezkresne przestrzenie są wręcz stworzone do roadtripów – oto wyprawa najzieleńszą spośród tras, Garden Route (pol. Droga Ogrodów).

„Zobaczycie, będzie tak zielono, że od tego koloru aż rozbolą was oczy” – mówił nam znajomy z Kapsztadu na wieść, że po intensywnej pracy nad reportażami z legislacyjnej stolicy RPA i Przylądka Igielnego wyruszamy na zasłużony odpoczynek dalej na wschód. Jako że mamy stosunkowo niewiele czasu, a chcemy chłonąć jak najwięcej, pomysł mógł być tylko jeden: roadtrip. Tak się złożyło, że całkiem niedaleko zaczynała się jedna z najpiękniejszych tras – Garden Route. Wersje na temat tego, gdzie się kończy i zaczyna, są różne. Jedna głosi, że początek ma w osadzie Witsand, a koniec w Storms River u progu Parku Narodowego Tsitsikamma. Druga za start wskazuje miasto Mossel Bay, a za koniec Port Elisabeth. W naszym przypadku była to pierwsza z tych dróg.

Fot. Shutterstock

Bonteboki i góralki

Zanim dotrzemy do Witsand, gdzie czeka nas jedna z najbardziej osobliwych przepraw promowych w życiu, nie możemy odmówić sobie zajrzenia do rezerwatu De Hoop. Ruszamy z osady Struisbaai (co można tłumaczyć jako „zatoka strusi”) przy Przylądku Igielnym, gdzie spotykają się dwa oceany. Mamy za sobą zderzenie z niełatwą rzeczywistością RPA, która wciąż mierzy się ze skutkami apartheidu, a we znaki dają się też problemy z imigrantami z sąsiednich krajów. Mijamy ogromne farmy strusi, otaczająca nas przestrzeń wydaje się bezkresna. Wreszcie odbijamy w morze („ocean” czeka nas później) zieleni. To jednak nie las, tylko fynbos, charakterystyczna dla wybrzeży RPA formacja roślinna, którą tworzą tysiące gatunków krzewów, w tym aż 80 procent endemitów. Wreszcie pojawia się parking i budka, w której uiszczamy opłatę 50 ZAR (ok. 12 zł), i oto jesteśmy w rezerwacie De Hoop. Nagle opadają nam szczęki z wrażenia: przed nami pojawia się, zupełnie się nas nie obawiając, jeden z symboli regionu Western Cape, czyli Prowincji Przylądkowej Zachodniej, a mianowicie antylopa bontebok, znana również pod nazwą sasebi przylądkowy. To przepiękne, posągowe zwierzę żyje tylko tutaj – żywi się bowiem fynbosem. Patrzy na nas ze spokojem i z ciekawością. Kierujemy się dalej w głąb, w stronę huczącego oceanu, na wydmy i klify. Nagle wśród skał pojawiają się zadziwiające stworzenia wyglądające na pierwszy rzut oka jak duże świnki morskie. To góralki przylądkowe, których mózg ma podobną budowę do tego u słonia, żołądek – do konia, a tylko siekacze faktycznie „pochodzą” od gryzoni. Całe napięcie po trudnej pracy natychmiast zostaje rozładowane. Warto też nadmienić, że cielą się tu walenie południowe – niestety nie jest nam dane obserwować wielorybów, gdyż przybędą one tutaj w czerwcu.

Fot. Shutterstock

Osobliwa przeprawa

Do Witsand przybywamy o zmroku, ledwo zdążamy na ostatnią przeprawę promową przez rzekę Breede w pobliskiej maleńkiej osadzie Malgas, swoją nazwę zawdzięczającej głuptakowi przylądkowemu (w języku afrikaans) z charakterystycznymi czarnymi skrzydłami. Niezwykłość przeprawy polega na tym, że na drugi brzeg dostaniemy się, ciągnąc za liny własnymi rękoma. Oczywiście standardowo zajmują się tym operatorzy portu, ale okazja do zrobienia tego samodzielnie to niemała frajda. Jednocześnie na platformie mogą być trzy samochody. Przyłączają się do nas pozostali podróżujący – wszyscy ruszają na Garden Route. Witsand okazuje się senną osadą przypominającą amerykańskie przedmieścia – mieszkańcy to głównie Afrykanerzy. Tutejsze sklepy są wprost stworzone dla osób będących na roadtripie: np. przesympatyczna Winnie w swoim czynnym do późna sklepiku oferuje domowe sałatki i zupy w słoikach. Kiedy kupujemy od niej kolację, jest uradowana, że zostajemy na noc, i prosi, byśmy nazajutrz zajrzeli i powiedzieli, jak smakowało.

Markety na trasie, zazwyczaj obok stacji benzynowych, mają w asortymencie mnóstwo przekąsek w sam raz na drogę. Uwagę zwraca suszone i peklowane mięso, tzw. biltong – z wołowiny, strusi lub antylop. To historyczny produkt: nawiązuje do pożywienia podczas tzw. Wielkiego Treku, czyli migracji Burów (osadników holenderskiego pochodzenia, których potomkami są Afrykanerzy), w XIX w. po przybyciu w te rejony Anglików i utworzeniu przez nich Kolonii Przylądkowej.

W Witsand rzeka Breede ma rozległe ujście do Oceanu Indyjskiego – jego przestrzeń okazuje się wprost stworzona do puszczania latawców.

Fot. Shutterstock

Moc oceanu

Z Witsand ruszamy do wyjątkowo malowniczo położonego przy estuarium rzeki Knysny miasteczka o tej samej nazwie. Po drodze mijamy Mossel Bay – portowe miasteczko u podnóża gór Outeniqua, którego nietypową atrakcję stanowi hotel w wagonach kolejowych, Santos Express. Ale największą gwiazdą tego odcinka jest według mnie Wilderness – w żadnym innym miejscu nie odczułam tak bardzo piękna i mocy oceanu jak tu, na piaszczystej plaży w cieniu spektakularnych klifów porośniętych u góry gęstym lasem. Chłonąc oceaniczny zapach i patrząc hen w dal, gdzie gdzieś daleko kolejny ląd to Antarktyda, dostrzegam kilka afrykańskich ostrygojadów czarnych (ich nazwę – ang. The Black Oystercatcher – nosi znana winiarnia z tutejszego winiarskiego regionu Elim). Czarne ptaki z charakterystycznym czerwonym dziobem dostojnie przechadzają się po wchodzących w ocean skałach.

Zatrzymajmy się jednak przy nieprawdopodobnie zielonym i bujnym lesie, który jest esencją Garden Route: to mieszanka roślinności tropikalnej oraz formacji zwanej Afromontane (charakterystycznej dla rozległych ujść rzek). Rosną tu endemiczne krzewy i drzewa o cennym drewnie – nic dziwnego, że w Knysnie kwitnie przemysł drzewny. Do miasteczka – które z uwagi na położenie w estuarium okazuje się zaskakująco rozległe – docieramy pod wieczór. Znów knajpki i bary przypominają te z amerykańskich filmów, jednak nasz nocleg jest już typowo południowoafrykański: to bielusieńki dom w holenderskim stylu. Brodaty gospodarz jest artystą i, jak się okazuje, aktywistą wizjonerem. Niemal każde miasto w RPA na swoich obrzeżach ma tzw. township, który można uznać za odpowiednik slumsów czy brazylijskich faweli. Nasz gospodarz zaprojektował alternatywę – zespół domków w kształcie kopuł („Gromadzą dobrą energię”). Pomyśleliśmy, że oto spotkaliśmy kolejnego Afrykanera, który nie odgradza się od rdzennej i czarnoskórej ludności i angażuje w ich problemy (w Kapsztadzie realizowaliśmy właśnie reportaż o osobach, które walczą z drastycznymi nierównościami społecznymi). Nazajutrz jednak wrażenie to odrobinę prysnęło. Akurat gdy robiłam śniadanie, wysiadł prąd – udałam się zatem do domu gospodarzy z prośbą o pomoc. Przejęta pani domu zaoferowała mi usmażenie jajecznicy w jej kuchni. Wykorzystałam okazję, by podpytać o niedawne zamieszki w luksusowej miejscowości Hermanus, pierwsze w historii w Western Cape. „Ach tak, to imigranci z biedniejszych krajów, z którymi jest problem mieszkaniowy” – słyszę. Kiedy pytam, o jakie kraje chodzi, pada odpowiedź: „Hmmm, na pewno Zimbabwe, i te inne. Ach, ale przecież nasza służąca jest z któregoś z nich, zaraz zapytam. Suzy, skąd jesteś?”. „Malawi” – dochodzi z sąsiedniego pokoju.

W Knysnie nie zabawiamy długo – choć bez wątpienia można by tu spędzić co najmniej tydzień. Kierujemy się do celu wyprawy, czyli Parku Narodowego Tsitsikamma, gdzie zatrzymamy się na kilka dni. Robi się coraz bardziej zielono, choć trudno uwierzyć, że może być jeszcze zieleniej, niż było, i górzyście – co raz przejeżdżamy nad porażającymi rozmiarem kanionami. Im bliżej celu, tym więcej kamperów, przyczep kempingowych i samochodów. Uwaga, przy wjeździe do parku Tsitsikamma trzeba uiścić opłatę w wysokości 262 ZAR (ok. 65 zł) za dzień. Od niedawna podobne opłaty (na szczęście sporo niższe) na Garden Route wprowadzono odpowiednio w przypadku Wilderness, Knysny i Nature’s Valley. Zanim dotrzemy do naszego miejsca noclegu, czyli obozu w Storms River (pierwsze dwie noce spędzimy w hostelu, a ostatnią w stylizowanym namiocie safari), mijamy jeden z najpopularniejszych punktów na świecie wśród fanów skoków na bungee – Bloukrans Bridge. Słynny most znajduje się na granicy Western Cape i Eastern Cape, Prowincji Przylądkowej Wschodniej, i wznosi się 216 m nad rzeką Bloukrans.

Nazwa Tsitsikamma w lokalnym języku z rodziny khoisan (typowe dla nich jest charakterystyczne mlaskanie, jak choćby w nazwie południowoafrykańskiego „piwa” ze sfermentowanego sorgo i kukurydzy – umqombothi; mlask następuje po sylabie „um”) to w dużym uproszczeniu miejsce pełne wody. Główną atrakcją jest spektakularne ujście rzeki Storms River, nad którym można spacerować po podwieszanych mostach. Największą popularnością cieszą się tu spływy kajakiem po oceanie łączone z wpłynięciem w kanion na materacach. Rzecz jasna, nie omieszkamy skorzystać. W okolicy aż roi się od góralków – biegają zupełnie oswojone i wręcz domagają się karmienia przez turystów. Zgłaszamy się do odpowiedniego punktu, dostajemy pianki i czekamy na swoją kolej. Wreszcie pojawia się przewodnik, instruuje nas, jak płynąć przez ocean (tutaj przecież nie ma niosącego nas nurtu, trzeba więc mocno wiosłować), i ruszamy. Po dopłynięciu do ujścia zaglądamy do jednej z jaskiń, a następnie przesiadamy się na materace. Leżąc lub siedząc na nich, musimy napędzać się rękami, by płynąć w górę rzeki. Powrót oznacza swobodne dryfowanie – nic, tylko położyć się na plecach i z tej pozycji chłonąć ogrom zielonego kanionu. I wreszcie o niczym nie myśleć.

Ze Storms River prowadzi jeden z najpiękniejszych – nie tylko w RPA, ale i na świecie – szlaków trekkingowych: Otter Trail, którego nazwa pochodzi od wyderki białolicej, afrykańskiego gatunku łasicy. Prowadzi on brzegiem oceanu do Nature’s Valley przez nieco ponad 40 km. My udajemy się do końcowego punktu szlaku autem. To miejsce ujścia rzeki Groot River, która zamiast wpadać do oceanu szerokim strumieniem, tworzy jezioro, z którego wypływa cienka strużka. I znów wszystkimi zmysłami mogę poczuć potęgę oceanu.

Warto wiedzieć

RPA to kraj, w którym sieć komunikacji publicznej jest bardzo słabo rozwinięta. Dominuje transport samochodowy – na trasie zobaczymy autostopowiczów z banknotami w dłoni, a także znaki drogowe zakazujące tej praktyki na pewnych odcinkach, zwłaszcza na wzniesieniach. Obowiązuje ruch lewostronny. Wypożyczenie auta jest łatwo dostępne i stosunkowo tanie (my za tydzień zapłaciliśmy 3000 ZAR (nieco ponad 700 zł). Trzeba jednak uważać na pułapki – często z przodu, po stronie pasażera, brakuje wycieraczki, a przecież łatwo wnieść do samochodu piasek. Tymczasem oddawany samochód musi być w pełni czysty, byśmy odzyskali kaucję. Warto sprawdzić to na początku, a jeśli jest już za późno, podjedźmy do którejś stacji benzynowej i skorzystajmy z odkurzacza.

Zamknij