Strona główna / Afryka

Oko w oko z lwem. Safari dla początkujących

Stada antylop i zebr, majestatycznie przechadzające się słonie, drzemiące w cieniu lwy. A potem noc pod rozgwieżdżonym niebem i nasłuchiwanie tajemniczych odgłosów sawanny. Safari to kwintesencja afrykańskiej podróży. I przygoda dla całej rodziny!

Fot. Izabela Szymanowska

Pilot obniża wysokość lotu. Gdzie okiem sięgnąć, bezkresna sawanna. W dole migają akacje i busz, rozcięte na dwoje rdzawym pasem drogi. Coraz niżej i niżej, wreszcie koła maleńkiej cessny dotykają pylistej ziemi. Krótkie hamowanie, skrzypnięcie drzwi, powiew upalnego powietrza na twarzy – ledwie wybiła 9.00, ale afrykańskie słońce praży mocno. Przy lądowisku czeka już dżip. Przewodnicy przerzucają bagaże do auta, zapraszają nas na fotele z tyłu, pod płóciennym daszkiem. I w drogę! Przejeżdżamy 200, może 300 metrów, jeszcze się dobrze nie rozsiedliśmy, nie zapięliśmy pasów, a tu nagle syn z córką wołają: „Zobacz, mamo! Żyrafy!” i podekscytowani wyglądają przez burtę wozu. Faktycznie! Zwierzaki stoją wśród drzew i spoglądają na nas jak gdyby nigdy nic. Patrzę jak zaczarowana. A to dopiero początek! Przed nami dwa dni safari w rezerwacie Selous.

Krok w królestwo zwierząt. O takiej podróży marzyłam od dawna. Zobaczyć dzikie zwierzęta, zwłaszcza słonie i lwy, w ich naturalnym środowisku – nie w zoo, gdzie smutno patrzą zza krat, tylko w miejscu, gdzie są wolne i szczęśliwe, a my jesteśmy gośćmi – to by było coś! Safari długo wydawało mi się poza zasięgiem: i finansowo, i organizacyjnie. Gdy jednak postanowiliśmy pojechać na Zanzibar, pomyślałam sobie: teraz albo nigdy! Lecieć tyle godzin, być tak blisko i nie skorzystać z okazji? Nie ma mowy!

Fot. Izabela Szymanowska

Decyzja zapadła, pozostało wybrać miejsce. W samej Tanzanii ofert jest mnóstwo, na czele ze słynnym parkiem Serengeti. Chyba każdy kojarzy tamtejsze widoki, ze słoniami czy żyrafami przechadzającymi się na tle majestatycznego Kilimandżaro. Z kolei w kraterze Ngorongoro ponoć najłatwiej zobaczyć w komplecie Wielką Piątkę, czyli słonia, nosorożca, bawoła, lwa i lamparta. Jest jeszcze Park Narodowy Jeziora Manyara z wdrapującymi się na drzewa lwami czy Park Narodowy Ruaha z najliczniejszą w kraju populacją słoni. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na rezerwat Selous: mniej popularny, mimo że ogromny (większy niż cała Szwajcaria!), a także – co tu ukrywać – tańszy od innych. Na safari jechaliśmy całą rodziną, we czwórkę, więc względy finansowe odgrywały ważną rolę. Spotkałam się też z opiniami, że Serengeti i inne słynne parki są oblegane przez turystów. Zdarza się podobno, że wokół grupki lwów zbiera się tam po kilkanaście aut! Nie o to nam chodziło. Chcieliśmy zobaczyć szczęśliwe zwierzęta na wolności, a nie ścigać się z innymi samochodami. Selous wydawał się nam spokojniejszy, bardziej kameralny.

I kto tu jest groźny? Z Zanzibaru wyruszamy skoro świt. Najpierw krótki lot do Dar es Salaam, ponad turkusową cieśniną oddzielającą wyspę od kontynentu, następnie jeszcze 20 minut w powietrzu – i już jesteśmy na sawannie. Niemal od razu trafiamy na żyrafy, a potem – jak w dobrym filmie – napięcie rośnie. Przemykające wśród zarośli guźce witamy radosnymi okrzykami: „Pumby!”. Przez drogę przebiegają całe stada antylop, a kierowca czujnie zwalnia, bo niektóre skaczą tuż przed naszym autem. Z pozbawionego ścianek i szyb dżipa mamy je niemal na wyciągnięcie ręki.

Fot. Izabela Szymanowska

Dochodzi południe. Przewodnicy pytają, czy jesteśmy głodni, a potem, nie czekając na odpowiedź, zajeżdżają nad jezioro i parkują pod rozłożystą akacją. Natychmiast kierujemy obiektywy w stronę wody – aż roi się w niej od hipopotamów! Robimy zdjęcie za zdjęciem. O dobry kadr nie jest łatwo, bo zaniepokojone naszą obecnością zwierzęta dają nura pod powierzchnię, pokazując nam tylko śmiesznie sterczące ponad taflą uszy. Na błotnistych brzegach jeden przy drugim wylegują się zaś krokodyle. Nasi przewodnicy jak gdyby nigdy nic… wysiadają – i namawiają, byśmy zrobili to samo. Spoglądamy niepewnie po sobie. Cóż, pozostaje im zaufać, nie pchaliby nas przecież w paszcze drapieżników. Mają chyba niezły ubaw, patrząc, jak przez cały postój zerkamy nerwowo w stronę wody. Wyjaśniają nam też, że to nie krokodyli powinniśmy się obawiać. Okazuje się, że najbardziej niebezpiecznym z afrykańskich zwierząt jest… hipopotam! W przeciwieństwie do lwów czy gepardów, które polują, by przetrwać, zdarza mu się zabijać bez powodu i porzucać ofiarę. Nigdy bym nie przypuszczała, że te pociesznie przecież wyglądające zwierzaki mają taki podły charakter.

Ruszamy w dalszą drogę. Zajeżdżamy nad wodopoje, gdzie najłatwiej o spotkanie ze zwierzętami. Te są jednak dosłownie wszędzie. Wśród drzew przebiegają nieduże impale, masywne gnu, koby o spiralnie skręconych rogach. Wysoko na gałęziach wypatrujemy koczkodanów o czarnych pyszczkach okolonych białym futerkiem. Zachwycamy się samotnym bawołem, nie wiedząc, że za moment, po drugiej stronie zarośli, staniemy oko w oko z całym stadem, od którego się odłączył. Przez chwilę towarzyszy nam również chmara pawianów. Zaciekawione naszą obecnością biegną wzdłuż pylistej drogi równo z autem, a potem czmychają w busz. Spotykamy też kolejne żyrafy. Niesamowite, jak dobrze ich charakterystyczne umaszczenie kamufluje się w zaroślach. Tak samo jest z zebrami – gdy widzimy biegnące stado, z trudem możemy rozróżnić poszczególne sztuki. Niby wiedzieliśmy to z oglądanych przed wyjazdem filmów przyrodniczych, ale na żywo wszystko robi o wiele większe wrażenie. Śmiejemy się, że brakuje nam tylko głosu Krystyny Czubówny.

Fot. Izabela Szymanowska

Wytropić króla zwierząt. Nad kolejnym jeziorem też przeżywamy chwile niczym z National Geographic. Znów próbujemy „ustrzelić” aparatami hipopotamy. „Widzicie tę antylopę na drugim brzegu?” – przewodnik wyrywa nas z fotograficznego szału. Nieduży zwierzak stoi tuż nad wodą, śmiesznie rozkraczony. „A tego krokodyla tuż obok?” – wskazuje. Rzeczywiście! Gad leży kilka metrów dalej, jakby tylko czyhał na ofiarę. Zamieramy z wycelowanymi obiektywami. Antylopa chyba się uparła, by napić się właśnie w tym miejscu. Drepcze to tu, to tam, najwyraźniej bojąc się drapieżnika. Ten cierpliwie czeka. Czuję, że serce wali mi jak młot. Czy zaraz zobaczymy polowanie? Z jednej strony żal uroczego zwierzaka, z drugiej… cóż, takie prawa przyrody i cykl życia. Antylopa daje jednak za wygraną i odchodzi napić się gdzie indziej. Głośno wypuszczamy powietrze – trochę z ulgą, a trochę z rozczarowaniem. Ależ to by było zdjęcie!

Marzy nam się jeszcze spotkanie z największymi drapieżnikami sawanny. Słońce wisi już nisko nad horyzontem, ale przewodnicy nie dają za wygraną, choć niczego nie obiecują. Podobno od kilku dni nikomu nie udało się wypatrzyć lwów. Jeżdżą jednak niezmordowanie, wyciągają szyje, wzrokiem przeczesują zarośla i cieniste zakątki. Tłumaczą, że w taki upał wielkie koty lubią chronić się przed słońcem. My też wpatrujemy się w sawannę, powoli tracąc nadzieję. Nagle kierowca zakręca, objeżdża gęstą kępę krzaków – i zatrzymuje się na wprost drzemiącej rodzinki! „Jak on je wypatrzył w tej gęstwinie?” – szepczę do mojego męża Marcina i ostrożnie wyciągam aparat. Przed wyjazdem specjalnie kupiliśmy nowy, z porządnym teleobiektywem, ale zoom w ogóle nie jest w tej chwili potrzebny. Dwie samice wylegują się kilka metrów od nas, samiec tuż obok, pod drugim krzakiem. Nagle podnosi łeb, wstaje, spogląda na intruzów i uznawszy, że nie jesteśmy zagrożeniem, kładzie się spokojnie na drugim boku. Spojrzenie, które rzucił nam spod grzywy, zapamiętam na zawsze!

Pod niebem Afryki. Poszukiwania lwów przeciągnęły się tak bardzo, że na noc do campu zajeżdżamy dobre 1,5 godziny po przewidzianej w planie safari 17.00. Dziękujemy przewodnikom, że tak wytrwale wypatrywali z nami drapieżników i idziemy rozlokować się w krytej strzechą chatce. Wewnątrz rattanowe meble, łazienka i łóżka z obowiązkowymi moskitierami. Bardzo nas to cieszy, bo chociaż zaopatrzyliśmy się w porządny środek na komary, ostrożności nigdy za wiele. W kontynentalnej Tanzanii, w przeciwieństwie do Zanzibaru, z malarią nie ma żartów. Przed wyjazdem wybraliśmy się też do lekarki medycyny podróży, która doradziła nam w sprawie szczepień – w Internecie krąży na ten temat mnóstwo sprzecznych informacji. Niby szczepienia nie są obowiązkowe, nawet przeciw żółtej gorączce, ale dla własnego bezpieczeństwa i spokoju zdecydowanie polecam je każdemu. Zabraliśmy też leki na malarię. Na szczęście nierozpakowane wróciły z nami w apteczce, ale w razie zachorowania każda godzina się liczy.

Fot. Izabela Szymanowska

Na safari spakowaliśmy ubrania w stonowanych kolorach, czapki, ciemne okulary i krem z mocnym filtrem. Następnym razem wezmę też dłuższe spodnie, przynajmniej za kolano – słońce praży naprawdę mocno i mimo ochronnego daszku w samochodzie przypiekłam sobie trochę nogi. Ciepła odzież nie jest natomiast konieczna, przynajmniej w Selous. Na kolację, już po zmroku, idziemy w krótkich rękawkach. Z naszej chatki pod drzwi restauracji odprowadza nas Masaj w tradycyjnym stroju. Znajdujemy się wszak – tak jak marzyliśmy – w królestwie zwierząt, lepiej więc mieć się na baczności, choć ryzyko, że jakiś ciekawski ssak chciałby przyjrzeć się nam z bliska, jest minimalne. Dla bezpieczeństwa w domku mamy jednak gwizdek z adnotacją: „Używać wyłącznie w sytuacjach awaryjnych!”, a także latarki. To bardzo praktyczne, bo o 23.00 obsługa wyłącza prąd i cały camp spowija nieprzenikniony afrykański mrok. Ani z latarek, ani z gwizdka nie robimy jednak użytku. Po pełnym wrażeń dniu wystarczy, że przyłożymy głowy do poduszek, a od razu zapadamy w kamienny sen.

Całkiem zwyczajny hipopotam. Nazajutrz przewodnicy przyjeżdżają po nas wcześnie, chwilę po 7.00. Nie ma czasu do stracenia, jeszcze sporo atrakcji przed nami. Po krótkiej jeździe pylistymi drogami przesiadamy się do łodzi. Czas na wodne safari po szeroko rozlanej Rufidżi, jednej z największych rzek Tanzanii. Płyniemy wśród stad hipopotamów – tym razem robimy użytek z zoomu, bo gdy tylko nazbyt się zbliżymy, dają nura pod wodę. Przewodnik mówi, że potrafią wytrzymać pod nią nawet kwadrans, więc zgodnie stwierdzamy, że nie ma sensu czekać, aż się wynurzą. Znów obserwujemy wylegujące się na brzegach krokodyle, a także ogromne jaszczurki i kolorowe ptaki. Okolica jest piękna, ale wrażenia chyba nie aż tak mocne jak pierwszego dnia. Cóż, człowiek do wszystkiego szybko się przyzwyczaja. Cała rodzina hipopotamów? Phi, też coś! – śmieję się w duchu. Ale tak naprawdę czuję się wybrańcem i wielką szczęściarą, że mogę oglądać to wszystko na własne oczy.

Fot. Izabela Szymanowska

Po rejsie po Rufidżi rozpoczynamy powrót na Zanzibar. Tego dnia nie ma lotu z Selous do Dar es Salaam, więc do największego miasta Tanzanii musimy wrócić samochodem. Przed nami kilka godzin jazdy po wyboistych drogach. Początkowo żal nam tego czasu, ale podróż okazuje się fantastyczną przygodą. Z nosami przyklejonymi do szyb jedziemy przez kolejne wsie i miejscowości – zwyczajną Afrykę, której turyści na ogół nie oglądają. Wyjście poza przygotowaną dla przyjezdnych bańkę daje nam do myślenia: z jednej strony uderza nas panująca tu bieda, z drugiej zaś zaskakują uśmiechy na twarzach mijanych ludzi. Siedzą przed skromnymi chatami, rozmawiają, nikt za niczym nie goni. W pewnej chwili dostrzegamy kobietę z długim kijem. Stoi na drodze i coś poszturchuje, próbuje przesunąć albo przegonić. Gdy podjeżdżamy bliżej, okazuje się, że to… kameleon! „U nas po wsiach biegają psy i koty. A tu kameleony!” – kręcimy z niedowierzaniem głowami. Niby safari już skończone, niby to tylko przejazd na lotnisko, ale Afryka raz jeszcze postanawia nas zaskoczyć.

Wielki nieobecny, czyli plany na przyszłość. Trudno uwierzyć, że to tylko dwa dni. Tyle się wydarzyło, tyle udało się zobaczyć. Dzieciaki najbardziej wspominają spotkanie z lwami i śmiesznie spoglądające na nas żyrafy – niby płochliwe, ale też ciekawskie i wścibskie. Choć później będziemy jeszcze pływać w oceanie z delfinami i kąpać się z żółwiami w rezerwacie na Zanzibarze, zgodnie stwierdzą, że to safari było najfajniejsze. Mój mąż Marcin szczególnie zapamiętał biegnące zebry. A ja? Trudno wybrać. Trochę tylko żałuję, że nie udało się zobaczyć słoni. Szukaliśmy, widzieliśmy odciśnięte w błocie wielkie ślady (i równie wielkie kupy!), przewodnicy dwoili się i troili – ale tym razem nie zechciały się nam pokazać. Cóż, trzeba będzie wrócić na kolejne safari. Może tym razem do Kenii albo do Serengeti? Zobaczyć słonie pod Kilimandżaro – to by było coś!

[ramka]

Nie tylko Tanzania. Top 7 safari w Afryce

  • Park Narodowy Masai Mara, Kenia

Ucieleśnienie marzeń o safari na sawannie: wielkie stada antylop i gnu oraz czające się na nie lwy i gepardy. Zobaczycie tu także słonie, żyrafy czy nosorożce. Najlepsza pora na wizytę: od maja do października.

  • Park Narodowy Krugera, RPA

Idealne miejsce dla marzących o safari na własną rękę. Dzięki dobrej sieci dróg i lodge’y można samodzielnie przemierzać sawanny, wzgórza czy busz wypożyczonym autem. I wypatrywać Wielkiej Piątki. Najlepsza pora na wizytę: cały rok.

  • Park Narodowy Serengeti, Tanzania

Nie może go zabraknąć w żadnym zestawieniu. Wraz z Parkiem Narodowym Masai Mara jest areną wielkiej migracji gnu, jednego z najwspanialszych spektakli przyrody na świecie. Najlepsza pora na wizytę: cały rok.

  • Delta Okawango, Botswana

Wielka rzeka, która wsiąka w piaski pustyni – już sama sceneria intryguje i przyciąga. Pośród mokradeł i rozlewisk można wypatrzyć całą Wielką Piątkę (niedawno reintrodukowano tu nosorożce), a wielką atrakcją są też safari w czółnach. Najlepsza pora na wizytę: od lipca do października.

  • Park Narodowy Etosha, Namibia

W porównaniu z innymi słynnymi parkami Etosha może sprawiać surowe, nieprzyjazne wrażenie. Suchy klimat sprawia jednak, że żyrafy, słonie, oryksy czy nosorożce chętnie gromadzą się w pobliżu wodopojów, co ułatwia obserwację tych zwierząt. Najlepsza pora na wizytę: od czerwca do listopada.

  • Nieprzenikniony Las Bwindi, Uganda

Nie urządza się tu typowych safari, tylko piesze wycieczki przez puszczę. Tych kilka godzin na zawsze zostanie jednak w Waszej pamięci – Bwindi to jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie można stanąć oko w oko z gorylami górskimi. Najlepsza pora na wizytę: od czerwca do lipca i od grudnia do lutego.

  • Park Narodowy South Luangwa, Zambia

Świetnie przygotowani przewodnicy zabiorą Was na piesze safari w buszu, a podczas nocnych wypadów dżipami macie szansę zobaczyć drapieżniki w trakcie polowania. To ponoć najlepsze miejsce na świecie do obserwacji lampartów. Najlepsza pora na wizytę: od czerwca do października.

Zamknij