Strona główna / Ameryki

Paragwaj. Misje z wizją

W Paragwaju nie ma tropikalnych plaż, ośnieżonych szczytów Andów ani zielonej gęstwiny amazońskiej selwy. Można za to wyruszyć tu w podróż śladami naprawdę niezwykłej utopii.

„Spójrzcie, jaka misterna robota! Sześć paneli, każdy trochę inaczej wyrzeźbiony, z innymi zdobieniami” – zachwyca się Juan Benítez. „I taki sprytny judasz” – dodaje, a jego twarz z równo przystrzyżonym wąsem znika za uchylonymi drzwiami, by po chwili pojawić się w ukrytym okienku u góry. „Kto dzisiaj takie drzwi robi? 308 lat, a wyglądają jak nowe. Podłoga tak samo” – łapie za szczotkę i zamiata z kamiennych płyt włosy ostatniego klienta. Od trzech dekad prowadzi w miasteczku Santa Rosa jeden z najbardziej oryginalnych zakładów fryzjerskich w Paragwaju. Po sąsiedzku działa równie nietypowy gabinet dentystyczny, sklep z trampkami i piłkarskimi trykotami, posterunek policji – wszystkie w długim parterowym budynku, zajmującym całą pierzeję rynku. Bielone ściany, dachówka, wsparta na drewnianych słupach galeryjka – na pierwszy rzut oka nic szczególnego. Ale to dawne domy mieszkańców jednej z 30 redukcji jezuickich, osad misyjnych z XVII i XVIII w. – pamiątka po bodaj najbardziej zadziwiającym eksperymencie społecznym, jaki widziała Ameryka Południowa.

Fot. Julia Zabrodzka

Błękitne hełmy. Pierwszy z aniołów trąca struny harfy. Kolejne dmą w trąbki i oboje, przeciągają smyczkami po skrzypcach, grają na klawesynie i marakasach. Musimy zadrzeć głowy, by obejrzeć umieszczone wysoko wizerunki, ale szczegóły rozpoznajemy bez trudu – rzeźbiarze znali się na swoim fachu i świetnie władali dłutem. Dwieście pięćdziesiąt lat temu nad anielską orkiestrą wisiała kamienna kopuła, a zdobne wnętrze kościoła w Trinidadzie wypełniała muzyka Domenica Zipolego, jednego z najwybitniejszych kompozytorów Ameryki Łacińskiej. Dziś pozostałości świątyni przesklepione są błękitem nieba, a zamiast barokowych hymnów i oratoriów słyszymy szelest palmowych liści i skrzeczenie ukrytych pośród nich papug.

„Kościół w Trinidadzie był najwspanialszą jezuicką świątynią w Amerykach: długi na 85 m i szeroki na 45, większy od słynnego Il Gesù w Rzymie, na którym wzorowali się architekci. Miał też wysoką wieżę z kilkunastoma dzwonami. A zbudowano go dwa razy szybciej!” – wylicza przewodnik, z którym spacerujemy po dawnym sercu miasteczka. „Pod względem architektury Trinidad był najbardziej wyrafinowaną z redukcji. I nic dziwnego, bo założono go jako przedostatnią z 30 osad misyjnych. Pierwsza, San Ignacio Guasú, powstała prawie sto lat wcześniej, w 1609 r.” – ciągnie.

Początki były skromne: kościoły budowano z drewna, a nie z kamienia, i kryto strzechą z palmowych liści. Ale już wówczas, na początku XVII w., jezuici wyróżniali się na tle innych misjonarzy. „Na papierze znaczna część Ameryki Południowej należała do Hiszpanów. W praktyce jednak większość kontynentu nie była przez nich opanowana” – tłumaczy historyk Carlos Bedoya, z którym spotykamy się kilka dni później w muzeum jezuickim w San Ignacio. „Dominikanie, franciszkanie czy jezuici byli więc wykorzystywani jako swego rodzaju błękitne hełmy do pacyfikowania Ameryki” – porównuje. Misje nazywano „redukcjami”, bo ich celem było osiedlenie Guaranów – prowadzących półkoczowniczy tryb życia rdzennych mieszkańców tych ziem – w określonych miejscach, ich fizyczne skupienie i podporządkowanie. „O ile jednak redukcje franciszkańskie działały w ramach kolonialnego systemu encomiendy, czyli przymusowej pracy Guaranów, jezuitom udało się zagwarantować swoim misjom na terenie współczesnego Paragwaju, Argentyny i Brazylii autonomię. Hiszpanie nie mieli do nich wstępu” – podkreśla Bedoya. „Można powiedzieć, że stworzyli redukcje z ludzką twarzą”.

Fot. Julia Zabrodzka

Ziemia ludzi, ziemia Boga. Spacerując po ruinach Trinidadu, rozpoznajemy elementy schematu osady, który ukształtował się już w pierwszych misjach. Centrum wyznacza kwadratowy plac. Z trzech stron otaczają go pozostałości długich, parterowych casas de indios, czyli domów Guaranów – takich samych jak te w Santa Rosa, z posterunkiem policji, gabinetem dentysty i zakładem fryzjerskim pana Beníteza. „Każda rodzina miała osobną izbę. Guaranie już wcześniej mieszkali w długich domach, tyle że bez przepierzeń. Jezuici dodali je, by promować wierność małżeńską” – uśmiecha się przewodnik.

Z czwartej strony plac zamyka potężna bryła kościoła i przylegające do niej krużganki. „Mieściły się w nich warsztaty rzemieślników, składowano część zbiorów. Każda z redukcji była samowystarczalnym gospodarstwem. Uprawiano kukurydzę, yerba mate, trzcinę cukrową, owoce, tytoń, hodowano bydło” – wylicza. „Uprawy były podzielone na ava mbae, czyli »ziemię ludzi« w języku guarani, i tupa mbae, »ziemię Boga«”. Zbiory z pierwszej należały do mieszkańców, te z tupa mbae przeznaczano na sprzedaż i finansowanie kościoła. Część przekazywano sierotom i wdowom, które mieszkały w przytułku zwanym kotý guasú, czyli „wielki dom”.

W krużgankach mieściła się również szkoła. „I to jaka! W jednym ze sprawozdań wysłanników króla wizytujących Trinidad czytamy, że nie da się porównać poziomu szkół dla Guaranów z nędzną edukacją, jaką otrzymują synowie Hiszpanów w Asunción” – podkreśla przewodnik. A Carlos Bedoya dodaje, że nauka była oczkiem w głowie jezuitów. „San Ignacio już w 1620 r. miało szkołę. Lekcje dla rdzennych mieszkańców: toż to rewolucja!” – zachwyca się. „I to nie szkółka niedzielna, tylko codzienna nauka czytania, pisania, matematyki. A do tego do szkół uczęszczały także dziewczynki. Na początku XVII w. coś takiego było w Europie nie do pomyślenia”.

Lekcje odbywały się nie po hiszpańsku, tylko po łacinie i w języku guarani. Jezuici skodyfikowali go, stworzyli alfabet, spisali słowniki, opracowali gramatykę. „Chodziło przede wszystkim o ewangelizację” – przyznaje Bedoya. Z czasem jednak język zaczął żyć własnym życiem. Guaranie już wcześniej układali poematy, teraz zaś mogli przelewać je na papier. „Do naszych czasów zachowały się książki guarańskich poetów, choćby XVII-wieczne Kazania i exempla Nicolasa Yapuguay, napisane pięknym, pełnym subtelności językiem” – opowiada historyk. Najbardziej niezwykłym dziedzictwem misji jest jednak fakt, że guarani używa się we współczesnym Paragwaju na co dzień. Znają go i swobodnie mieszają z hiszpańskim niemal wszyscy, także stanowiący większość społeczeństwa Metysi. To w Ameryce Łacińskiej wyjątek – nie ma na kontynencie innego kraju, w którym rdzenny język byłby tak powszechnie używany przez potomków przybyszy z Europy.

Barok w tropikach. Świętych Ludwików stoi przed nami dwóch, świętych Stanisławów i Michałów Archaniołów też. Wszyscy z cedrowego drewna, w każdej parze jeden mniejszy, drugi większy. „Wzór wykonany przez mistrza jezuitę i kopia dłuta guarańskiego ucznia” – objaśnia Irma Ramírez, z którą zwiedzamy maleńkie muzeum w Santa María de Fe, z prawdopodobnie najlepszą kolekcją rzeźb z dawnych redukcji. W niektórych parach kopie są niezbyt udane – a to głowy mają za duże, a to zbyt długie ramiona. Są jednak i takie, w których błędów dostrzec nie sposób. „Ale różnice są” – dodaje przewodniczka. „Spójrzcie na twarze. Te z rzeźb uczniów mają zaokrąglone oblicza, a oczy węższe, nieco skośne. No i dłonie: masywniejsze, grubiej ciosane, chłopskie. To guarańskie rysy” – przekonuje. Lokalni czeladnicy naśladowali europejskich mistrzów, ale świętych chcieli najwyraźniej wyciosać na własny obraz i podobieństwo. Tak narodził się wyjątkowy, charakterystyczny dla redukcji styl – barok hiszpańsko-guarański. Przeniesione z europejskich pałaców do tropikalnej selwy woluty, suto marszczone szaty i dramatyczne pozy okraszano zaskakującymi detalami. W muzeum wśród zgromadzonych w bożonarodzeniowej szopce zwierząt dostrzegamy paragwajskie pekari i przypominającego przepiórkę ptaka ynambu guasú, a pośród zdobień w ruinach kościoła w misji Jesús de Tavarangüé – kwiat marakui, liście palmowe czy owoc guawy.

Poszczególne redukcje miały swoje rzemieślnicze, artystyczne i rolnicze specjalności. Santa María de Fe słynęło z warsztatów rzeźbiarskich, Trinidad z ludwisarstwa i wyrobu instrumentów muzycznych, Jesús de Tavarangüé – z hodowli bydła. Czasem decydowała dostępność surowców, czasem fach rezydujących w danej misji zakonników. Trinidad, za sprawą pewnego uzdolnionego technicznie jezuity, dorobił się jedynego mechanicznego zegara w prowincji. Pełniący posługę w San Cosme y Damián brat Buenaventura Suárez skonstruował zaś w 1750 r. pierwszy w Ameryce Południowej teleskop i założył na kościelnej dzwonnicy obserwatorium astronomiczne. Soczewki wyszlifował ponoć z kryształów kwarcu, znalezionych nad przepływającą nieopodal Paraną. Dowiadujemy się tego podczas wizyty w otwartym tu niedawno planetarium. Poznajemy także lokalną wizję kosmosu. W tropikalne noce Guaranie chętnie wpatrywali się w rozgwieżdżone niebo i opowiadali je sobie na własny sposób. W Drodze Mlecznej widzieli ścieżkę tapira, w Krzyżu Południa – odbity w piasku ślad ptaka nandu. Za sprawcę zaćmień słońca i księżyca uważali zaś jaguara. By go przepędzić, miotali ponoć w firmament oszczepy i strzały.

Fot. Julia Zabrodzka

Zostanie tylko niebo. „Najczęściej to jezuici byli nauczycielami Guaranów. Ale potrafili też słuchać. Każdy z braci musiał opanować miejscowy język. Polegali też na ich znajomości przyrody, leczniczych właściwości roślin. W tej dziedzinie to Guaranie byli mistrzami” – uśmiecha się Lira Hein, wprowadzając nas do ruin kościoła w Jesús de Tavarangüé. Nawa przypomina potężną arkę rzuconą przez wody potopu na zielony pagórek. Rozmiarami niemal dorównuje świątyni z Trinidadu – i tak jak ona jest przesklepiona niebem. Masywne kolumny i ściany urywają się podejrzanie równo – jak gdyby ktoś gigantycznym ostrzem odciął sklepienie i dach. „Nie zostały ukończone” – wyjaśnia przewodniczka. „Budowę rozpoczęto kilka lat przed upadkiem zakonu”.

Zamożne, świetnie prosperujące redukcje budziły zawiść Hiszpanów z Asunción i innych miast kolonii. Póki jednak jezuici cieszyli się protekcją Madrytu i Rzymu, Hiszpanie mogli tylko bezsilnie zgrzytać zębami. Z czasem jednak rosnąca potęga misji zaczęła niepokoić także monarchę. „Obawiał się, że mogą zwrócić się przeciw koronie. Jezuici niechętnie wpuszczali królewskich wysłanników na swoje terytorium” – opowiada Lira. W końcu miarka się przebrała.

Budowana przez ponad półtora wieku utopia rozpadła się bez jednego wystrzału, bez trąb apokalipsy. Kres obwieścił suchy trzask woskowej pieczęci na dekrecie Karola III z 1767 r. Nagłówek nie pozostawiał wątpliwości: „Sankcja pragmatyczna Jego Wysokości w mocy prawa nakazująca opuszczenie jego Królestw przez członków Towarzystwa Jezusowego, zajęcie ich posiadłości i zakazująca im powrotu na czas nieokreślony”. „Jezuici mieli w redukcjach prawdziwą armię: kilkanaście tysięcy wyszkolonych żołnierzy, pancerze, broń palną” – wylicza Carlos Bedoya. „Zezwolono im na to, by mogli bronić się przed portugalskimi bandeirantes, łowcami niewolników z terenu dzisiejszej Brazylii, a zarazem chronić przed nimi hiszpańskie kolonie” – wyjaśnia. W decydującym momencie postanowili jednak nie robić użytku z armii i podporządkowali się rozkazom monarchy. Chyba zdawali sobie sprawę, że wiatr historii przestał im sprzyjać. Kilka lat wcześniej wygnano ich z Portugalii, potem z Francji, wkrótce zakon miał zostać zlikwidowany przez Klemensa XIV. „Może gdyby tylko król był przeciw nim, zdecydowaliby się walczyć” – zastanawia się Lira Hein. „Ale księża mieliby buntować się przeciw papieżowi?” – pyta retorycznie. Guaranie uszanowali ich wolę. Nie sięgnęli po broń, gdy Hiszpanie rzucili się na upragniony łup.

Kościół w Trinidadzie legł w gruzach zaledwie kilka lat później. „Niektórzy badacze mówią, że zawinił błąd konstrukcyjny w kopule. Inni twierdzą, że to Hiszpanie naruszyli podpory, poszukując ukrytych w nich rzekomo skarbów” – opowiada przewodnik. Jesús de Tavarangüé także opustoszało szybko. „Pokutuje wyobrażenie, że po wygnaniu jezuitów Guaranie rozpierzchli się i wrócili do selwy. Ale to niedorzeczne!” – obrusza się Carlos Bedoya. „To nie byli dzicy ludzie, od pokoleń żyli w zorganizowanych miasteczkach. Rzemieślnicy przenieśli się pewnie do Asunción czy Buenos Aires, rolnicy do wiejskich osad” – przekonuje. Misje opustoszały.

Co mi po kopii? Te skromniejsze miały więcej szczęścia. W San Cosme y Damián prowizoryczny, tymczasowy kościół z XVIII w. po dziś dzień służy parafianom. Modlą się do figur z dłońmi i twarzami podziurawionymi przez świdraki i termity. W izbie dawnej misyjnej szkoły wisi tablica i stoją ławki, ciągle odbywa się tu katecheza. W Santa María de Fe kilka rodzin rzemieślników podtrzymuje przy życiu snycerski fach, a w wielkanocnych procesjach – o ile nie pada – obnosi się trzystuletnich świętych. „My, obecni mieszkańcy, jesteśmy potomkami Guaranów z redukcji” – deklaruje Irma Ramírez. „Ciągle żywy jest tu duch wspólnoty. Jeśli ty uprawiasz cebulę, a ja pomidory, to nie będziemy ich sobie sprzedawać. Po prostu dokonamy wymiany. W guarani mówimy na to jopoy. To ważne słowo”.

W Santa Rosa kościół spłonął. Ocalała za to mniejsza kaplica loretańska, a w niej jedyne zachowane z czasów redukcji freski. Przedstawiają cudowne przeniesienie domu Matki Boskiej z opanowanej przez muzułmanów Palestyny do Włoch. Ocalał też jeden z kościelnych ołtarzy, no i casas de indios, a w nich ukochane drzwi fryzjera Beníteza. „Przyjechał tu kiedyś pewien Urugwajczyk z walizką pieniędzy, chciał je kupić. »Dam ci 150 tysięcy dolarów, zrobię identyczne«, mówił” – wspomina Juan. „Ale co mi po kopii? Te mają 308 lat! Niektórzy kumple mówili, że głupi jestem, że mogłem wziąć kasę i wyjechać w świat. Ale gdzie miałbym jechać? Tu mam rodzinę, przyjaciół, żyję spokojnie. Tu jest moje miejsce”.

Jak dojechać? Bezpośrednie loty z Europy (konkretnie z Madrytu) do Asunción, stolicy Paragwaju, oferują tylko linie Air Europa. Warto szukać okazyjnych biletów do Buenos Aires, Sao Paulo lub Rio de Janeiro, skąd do Paragwaju dojedziemy w kilkanaście godzin autobusem.

Jak zwiedzać? Nocować najlepiej w posadas turísticas, czyli sieci kwater prywatnych i agroturystyk. Poznamy w ten sposób codzienność Paragwajczyków i smak domowych potraw: www.posadasturisticas.gov.py. Szczegółowe informacje o zwiedzaniu dawnych redukcji: www.rutajesuitica.com.py.

Zamknij