Strona główna / PORADA NA PODRÓŻ

Podróżuj z głową

Mijałem go codziennie na zbiegu Zagórskiej i Żeromskiego, w drodze na lekcje do liceum. Kolega z klasy nie mógł wyjść ze zdziwienia. – Widział to kto? – pytał ze śmiechem. – Żeby stawiać pomnik pszczole? Ja również byłem zaskoczony. Sądziłem, że to reklama pobliskiego punktu skupu miodu, do którego dostarczał go mój dziadek. Próbował mnie nawet zachęcić do tego, żebym przejął po nim pasiekę, ale ja wolałem grać na gitarze pod blokiem. Wkrótce dziadek umarł, a interes sprzedano. Ze wspomnień został mi pomnik pszczoły miodnej – obelisk przywołujący, niczym proustowska magdalenka, młodzieńcze wspomnienia i zarazem unikalny w Europie zabytek. Zobaczcie go, bawiąc w Kielcach, i – nawiązując do wiersza księdza Twardowskiego – pamiętajcie o kochaniu ludzi za szybko odchodzących.

Dlaczego zaczynam dziś od wspominek? Bo wszyscy mamy w zanadrzu osobiste historie. W trakcie podróży obcujemy z nie zawsze oczywistym pięknem. Czasem do jego poznania potrzebny jest przypadek, zbieg okoliczności, a czasem nauczyciel, jak mój kolega architekt, tłumaczący mi, czym się różnią gzymsy od plwaczy na Stawowej w Katowicach, którą chodziłem przez ponad dekadę, nie zadając sobie trudu, by zadrzeć głowę. Może to być również lektura lub rozmowa ze znajomymi w trakcie wieczornej nasiadówki na plaży nad Oceanem Indyjskim. Jesteśmy bowiem, używając zwrotu wymyślonego przez Boya-Żeleńskiego, jak pijane dzieci we mgle. Skupiamy się nierzadko na najbardziej znanych miejscach regionu, odwiedzając np. w Barcelonie bazylikę Sagrada Família czy Park Güell. To dobry pierwszy krok, ale po nim warto czynić kolejne. W stolicy Katalonii znajdują się także ukryte miejscówki, jak tablica na fasadzie hotelu Cuatro Naciones, upamiętniająca pobyt Fryderyka Chopina, albo kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej na Carrer Sardenya 29 czy wreszcie bar w dzielnicy Les Corts o wdzięcznej nazwie ,,Polka”. W poprzednich felietonach wspominałem o uważności wartej pielęgnowania. Ciekawe miejsca są jak tematy leżące na ulicy, jak uczono mnie na dziennikarstwie. Chodzi o to, żeby umieć je wyłapywać. A właśnie dzięki genowi spostrzegawczości, docieramy do istoty rzeczy, odróżniając ją od platońskich cieni, o których autor pisał w ,,Państwie”. Podróżnik też je widzi, zwracając uwagę na detale warte uwagi i refleksji. Życzę każdemu regularnego dostrzegania w życiu takich symbolicznych pomników pszczół.   

Kolejna kwestia to konsekwencja w działaniu, wymuszająca stawianie wciąż nowych celów tułaczek. Michael Keaton w filmie ,,McImperium” wyjaśnia, jaka cecha jest odpowiedzialna za sukces. Nie jest to ani talent, bo na świecie jest wiele zdolnych, choć sfrustrowanych osób. Podobnie nie pomoże jedynie wykształcenie – bezrobotnych magistrów też nie brakuje. Tylko upór przybliża nas do celu. Pamiętacie starą telewizyjną reklamę kleju i sierżanta musztrującego żołnierzy hasłem: „najważniejsza, k…, jest zaprawa?”. Parafrazując tekst, mogę stwierdzić: najważniejsza, k…, jest wytrwałość. Trudno nie zgodzić się z Edisonem, iż naszą słabością jest poddawanie się, a przecież tylko podnoszenie się po porażce jest w stanie zagwarantować zwycięstwo: w nauce języków obcych, w chłonięciu wiedzy z muzealnych ekspozycji, w przejechaniu na rowerze danego kraju czy w pokonaniu górskiego szlaku. A żeby się chciało chcieć, trzeba nieustannie szukać inspiracji i nie spoczywać na laurach. W studenckich czasach, na początku lat dziewięćdziesiątych, wykładowca zapytał: – Co wy tu robicie? – Odparliśmy zgodnie z prawdą, że studiujemy. – A co z pracą? Musicie już teraz szukać jej na mieście, żeby nie zostać na lodzie. Podobne zachęty słyszałem wcześniej, w trakcie robienia dyplomu Aktora Scen Muzycznych. Dyrektor przestrzegał nas przed życiem pod szklanym kloszem, jakim są mury szkoły. Starał nam się w ten sposób wytłumaczyć, że im więcej energii poświęcamy obecnemu rozwojowi, tym lepiej poradzimy sobie w przyszłości, z triumfami, lecz także z porażkami. No i zrozumiemy, jak nie marnować czasu, obracając go, jak w piosence Rolling Stonesów, na swoją korzyść. 

Te mądre rady pomogły mi na wielu etapach zawodowej kariery i dały szansę na wyciągnięcie wniosków z potknięć. A w podróżach pokazały, że warto się starać o to, żeby rozmawiać, czytać i notować. I najważniejsze, nie odkładać wyjazdów na wieczne nigdy, bo ,,daleko, gwar i zgiełk, po co, na co”. Nie mam nawet na uwadze koronawirusa, ale zwykłą ludzką bojaźliwość. To nie jest właściwa droga. Trzeba robić to tu i teraz, inaczej gubi się rytm. ,,Everything Counts”, jak śpiewali Depesze, Wszystko się liczy, nawet najmniejsza z pozoru eskapada. 

A najbardziej liczy się ciekawość świata. Dzięki niej, cytując tytuł biografii Arnolda Schwarzeneggera o zdobywaniu szczytów, zyskujemy pamięć absolutną, a z nią bywa rożnie, czego doświadczyłem na jubileuszu mojej Alma Mater. Prowadziłem tam debatę z udziałem ulubionego profesora, doskonale pamiętając jego oratorskie popisy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w trakcie rozmowy na korytarzu ten wyznał, że nie może mnie sobie przypomnieć. Pamięć wybiórcza, zamiast absolutnej. Szanuję, ale też i wyciągam wnioski, starając się od tamtej pory jeszcze bardziej rejestrować wrażenia w trasie. Wychodzi mi to całkiem nieźle, nie tyle z powodu szczególnych zdolności, ile umiejętności chłonięcia informacji na tematy podróżnicze. Efekt sesji można porównać z ćwiczeniami na siłowni. Po pierwszym treningu wyjdą zakwasy, po kolejnych widać progres. Podobnie jak w przyswajaniu danych dostępnych nie tylko w naturze, lecz także w starych dobrych książkach, gazetach i kolorowych magazynach jak ten. Płodozmian użyźnia glebę i nie warto odwracać się od tradycyjnych form przekazu. Macie znajomych, którzy niezależnie od tego, czy przesiadują w Jambiani, czy w Dzierżoniowie, aktywność ograniczają jedynie do przeglądania komórki, klikając w nieskończoność w linki na portalach społecznościowych. Na takie natręctwo ukuto nawet kliniczną nazwę: nomofobia. Też czasem jej ulegam, na szczęście świadome eskapady pozwalają na oczyszczenie umysłu z informacyjnego zgiełku.  

I byłoby pięknie, „sztywniutko”, jak mawiał Dario w serialu ,,Ślepnąc od świateł”, gdyby nie jedna wątpliwość. Skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Przecież wojaże równają się kasie, a hasło „więcej wypraw” oznacza więcej wydatków. W moim programie ,,Pokaż nam świat” występował raz gość objeżdżający od roku Afrykę. – Z czego ty żyjesz? – chciałem wiedzieć po emisji. – Mam kawalerkę w Warszawie po babci, wynajmuję ją i jakoś starcza do pierwszego.  

Gratuluję, ale przecież nie każdy dziedziczy posag po przodkach. Pozostali muszą mierzyć siły na zamiary, starając się zachować równowagę pomiędzy spełnianiem marzeń a koniecznością płacenia rachunków. Większość jest przekonana, że wojaże są dla ludzi, którzy posiadają hajs. Powiedziałem o tym jednemu ze znanych obieżyświatów w Poranku TVN24. Zrobił wielkie oczy, zaklinając się, że to wcale nie jest droga zabawa. I mówił serio, a ja na własnej skórze przekonałem się, jak bardzo Polska jest w wielu branżach kosztowna. Drożeje jedzenie, ciuchy, hotele, żywność, a wszystko zmierza do ,,powtórki z rozrywki” z czasów reformy Balcerowicza, kiedy z powodu inflacji nie mogłem odłożyć na wymarzony korektor do wieży stereo, ponieważ co miesiąc miał nową, wyższą cenę. Paradoksalnie, często im dalej od ojczyzny, tym jest taniej. A zatem jeśli macie zamiar podróżować do miejsc, które chcielibyście zobaczyć, po prostu to zróbcie. Od tego się nie bankrutuje.  

Wszystkie te zasady możecie wdrażać w życie stopniowo. Każda podróż naprawdę czyni nas bogatszymi, niezależnie od tego, jak bardzo to hasło jest wyświechtane. Szkoda posiadanego przez was potencjału na to, żeby przemieszczać się bezrefleksyjnie albo tkwić w poczuciu stagnacji. Jednym słowem, róbcie to z głową. I to jest moja porada na podróż. 

Zamknij