Strona główna / Polska

Sowiogórskie sekrety

Dolny Śląsk tajemnicami stoi, a miejscem, w którym znajdziemy ich szczególnie wiele, są Góry Sowie. Choćby dlatego warto poznać bliżej najstarsze pasmo Sudetów.

Nie będę ukrywać – nie jestem wielbicielką górskich wypraw. Mozolne wspinanie się na szczyt nie powoduje u mnie przypływu endorfin ani satysfakcji. Uwielbiam jednak bliski kontakt z przyrodą i fascynujące historie. Są pewne góry, w których doskonale odnajdą się osoby takie jak ja: Góry Sowie o łagodnych wzniesieniach gęsto porośniętych lasem, skrywające całe mnóstwo przyprawiających o gęsią skórkę tajemnic. Zimą można odkrywać je na biegówkach, działa też kilka ośrodków narciarstwa zjazdowego, np. Jugów Park czy Górnik.

Fot. Shutterstock

Tkacze i Bismarck. Wbrew pozorom nie mieszka tu zbyt wiele sów. Bardzo prawdopodobne, że nazwa gór – po niemiecku Eulengebirge (na terenie Polski leżą od stosunkowo niedawna, biorąc pod uwagę ich długą i burzliwą przeszłość) – pochodzi od staroniemieckiego słowa Aulengebirge oznaczającego góry z wieloma dolinami. Niemniej istnieje legenda o siedmiu siostrach, które pragnęły uciec przed surowym ojcem chcącym wydać je za mąż lub zamknąć w klasztorze. Traf chciał, że spotkały tajemniczego kupca, który podarował im magiczną chustę pozwalającą zmieniać się w zwierzęta. Ojciec w poszukiwaniu córek (uciekających pod postacią zajęcy) udał się do wieszczki mieszkającej u podnóża Kalenicy. Tam dowiedział się o ich poczynaniach i otrzymał bukową gałązkę, również pozwalającą na transformację w inne stworzenie. Tak oto zaczęła się pogoń, a jako że magiczna chusta umożliwiała maksymalnie dwukrotną odwracalną przemianę, zdesperowane dziewczyny ostatecznie na zawsze zostały sowami. Ojciec stracił córki i dostał bolesną nauczkę.

Góry Sowie mają jednak na tyle bogatą historię, że nie potrzebują żadnych legend, by uchodzić za jeden z najciekawszych zakątków Polski. Jeden z fragmentów tej historii stał się inspiracją dla noblisty Gerharta Hauptmanna do stworzenia dramatu pt. Tkacze, powstałego pod koniec XIX w. Od XVI w. rozkwitło w tym regionie tkactwo: w nawet najmniejszych wsiach działały krosna, a tutejsi rzemieślnicy uchodzili za jednych z najlepszych w Prusach. Przez kolejne stulecia była to podstawa utrzymania się mieszkańców. Wkrótce nadeszła rewolucja przemysłowa. Jedna po drugiej zaczęły powstawać fabryki, a Śląsk stał się potężnym ośrodkiem produkcji – także tkanin. Tkacze z przydomowych manufaktur zostali zmuszeni przenieść się do dużych zakładów pracy. Jeden z najprężniej działających mieścił się w Pieszycach. Wreszcie na początku XIX w. przyszedł kryzys spowodowany przez wojny napoleońskie i blokadę eksportu. Oznaczało to bezwzględny wyzysk i obniżenie płac przy jednoczesnym wzroście cen żywności. To nie mogło się skończyć inaczej niż buntem, a ten (jak się później okaże – na masową skalę) zapoczątkował zryw tkaczy z Pieszyc i Bielawy. Wojsko pruskie brutalnie stłumiło wystąpienie, ale wieść o nim poszła w świat, zostało też w efektowny sposób uwiecznione w dramacie Hauptmanna. Hołd sowiogórskim rzemieślnikom składa dziś niezwykle klimatyczne miejsce na nocleg – Dom Tkacza położony we wsi Rościszów pod Pieszycami, gdzie wybuchł bunt. Właściciele zadbali o szczegóły: wiele mebli i sprzętów domowych pochodzi z XVIII w., w jadalni stoi krosno.

Pieszyce to główny punkt wypadowy w Góry Sowie. W godle tego niewielkiego miasta, obok jodły i muflona (te piękne zwierzęta można przy odrobinie szczęścia spotkać w okolicy), znajduje się zabytkowa wieża widokowa na Wielkiej Sowie, najwyższym szczycie (1015 m n.p.m.). Przypominająca nieco latarnię morską budowla z 1906 r. jest jedną z wież Bismarcka, sławiących Żelaznego Kanclerza dążącego do zjednoczenia Niemiec. Ogółem powstało ich ok. 250 na całym świecie, wszędzie tam, gdzie były niemieckie społeczności – nawet w Tanzanii! W obecnej Polsce wzniesiono 40 z tych wież (przetrwało 17). Pamiątek po Ottonie von Bismarcku już nie ma, ale jest zachwycający widok na Karkonosze i masyw Śnieżnika. Latem wieża dostępna jest codziennie, w sezonie zimowym (od listopada do kwietnia) w weekendy, choć wszystko zależy od pogody. Bilet kosztuje 6 zł, ulgowy – 3 zł.

Fot. Shutterstock

Riese, czyli Olbrzym. Po przeciwległej stronie Wielkiej Sowy leżą Ludwikowice Kłodzkie – długa (ponad 3 km) wieś łańcuchowa, zbudowana według średniowiecznego prawa niemieckiego wzdłuż doliny rzeki Włodzicy. Tym, co nas tu przyciąga, jest osobliwa żelbetowa konstrukcja w kształcie wieloboku zwana Muchołapką. Teorii na temat tego, do czego mogła służyć, jest mnóstwo: czy to tu Hitler testował swoją Wunderwaffe, w tym legendarny pojazd pionowego startu – Die Glocke (pol. Dzwon)? A może to po prostu podstawa chłodni kominowej? Faktem jest, że od 1942 r. działała tu fabryka amunicji Alfred Nobel AG. Do jej budowy wykorzystano infrastrukturę kopalni węgla kamiennego Wacław. Siłę roboczą stanowili więźniowie obozu koncentracyjnego Gross-Rosen, którego filię stworzono nieopodal rok wcześniej. Produkowano tutaj miesięcznie kilkaset ton amunicji małego kalibru: pocisków, granatów, trotylowych kostek saperskich. Wszelkie tego typu projekty III Rzeszy były wdrażane bez informowania o tym któregokolwiek z mieszkańców: po prostu zamykano teren, stawiano wieże strażnicze i nikt nie wiedział, co się właściwie dzieje.

Największą hitlerowską tajemnicą – i to pod względem nie tylko rozmiaru przedsięwzięcia, ale też nieprzebranej ilości teorii na temat jego celu – jest projekt Riese (pol. Olbrzym). To wydrążony w Górach Sowich ogromny kompleks korytarzy i pomieszczeń o niejasnym przeznaczeniu. Pieczołowicie maskowany projekt nie został dokończony. Na pewno miał zapewnić bezpieczne schronienie w razie ataku aliantów, ale odpowiedzi na to, w jakim celu został zbudowany, nie ma, a jego skala wciąż rozbudza wyobraźnię. Do zwiedzania udostępnione są trzy obiekty: Osówka, Włodarz i Sztolnie Walimskie. Co ciekawe, odwiedzając je, spotkamy się z zupełnie różnymi narracjami. Kompleksem wydrążonym w górze Włodarz – gdzie niewątpliwą atrakcją jest przepłynięcie części trasy łodzią – zarządza Krzysztof Szpakowski, który jest niestrudzonym tropicielem tajemnic związanych z Riese. Pieczołowicie zbiera on relacje świadków, przede wszystkim więźniów zatrudnionych przy budowie, którzy wspominali m.in. o wielopoziomowym podziemnym mieście. Uważa też, że są ludzie, którzy pilnują, by prawda nie wyszła na jaw – nazywa ich „strażnikami” (polecam zajrzeć na kanał YouTube pana Krzysztofa). Z kolei w Sztolniach Walimskich usłyszymy od przewodnika, że wszelkie teorie spiskowe czy znana wszystkim historia Złotego Pociągu, choć bez wątpienia przyciągają turystów, sprawiają, że Dolny Śląsk traci na wiarygodności. Tutejsza ekspozycja służy przede wszystkim upamiętnieniu ciężkiej pracy więźniów obozu Gross-Rosen. Przed wejściem do kompleksu stoi 13-metrowa rakieta V2, nie ma jednak potwierdzenia, że znajdowała się tu fabryka zbrojeniowa.

Warto też rozejrzeć się po samym Walimiu. Zwłaszcza że można zapoznać się z historią tej malowniczo położonej wsi dzięki fotografiom wykonanym przez jednego z pierwszych polskich osadników Gór Sowich, organistę Filipa Rozbickiego (polecam zajrzeć na stronę: www.filiprozbicki.pl). Są one ustawione w różnych punktach miejscowości, dokładnie w tych miejscach, gdzie zostały wykonane w latach 1947–1959. W krypcie walimskiego kościoła pw. św. Jadwigi spoczywa Karl von Zedlitz, pomysłodawca matury – pełniący funkcję m.in. pruskiego prezydenta rządu śląskiego i ministra edukacji.

Fot. Shutterstock

Burzliwa historia. Góry Sowie leżą w sercu Dolnego Śląska, otaczają je więc zamki i pałace. Jedne stały się muzeami – jak ten w Jedlince, należący niegdyś do „śląskiego Rockefellera” Carla Kristera, producenta porcelany (później miała tam swoje biura nazistowska organizacja Todt nadzorująca budowę Riese), czy średniowieczny Zamek Grodno, przyciągający pełną legend burzliwą historią i malowniczym położeniem nad zaporowym Jeziorem Bystrzyckim. Inne budowle zyskały nowe życie – jak XVI-wieczny Zamek Sarny w Ścinawce Górnej, który stał się hotelem i centrum kulturalnym poświęconym muzyce dawnej. Niestety część z nich niszczeje, szczególnie zwraca uwagę los spektakularnej rezydencji rodu von Magnisów w Bożkowie, o której okoliczni mieszkańcy mawiają „nasz pałac Disneya” – i nie ma w tym krztyny przesady.

Obowiązkowym punktem dla fanów historii jest też spektakularna Twierdza Srebrna Góra – największa tego typu budowla w Europie. Pruska fortyfikacja, zbudowana na dwóch wzniesieniach (Forteczna Góra i Ostróg), miała 6 fortów i mogła pomieścić aż 3,5 tysiąca żołnierzy. Jedynym jej sprawdzianem było oblężenie podczas wojen napoleońskich w 1807 r. Warto ją odwiedzić nie tylko dla wspaniałych widoków (choć ja akurat, jak to zimową porą czasem bywa, miałam okazję zobaczyć jedynie nieprzeniknioną mgłę), ale i dla pełnego ciekawostek oprowadzenia z przewodnikiem. Jeśli ktoś jest spragniony dodatkowych wrażeń, działa tu również strzelnica.

Jak widać, Góry Sowie oferują moc atrakcji w szczególności dla fanów historii. Mnie urzekła także architektura tutejszych miasteczek i wsi, pamiętająca czasy pruskiej świetności – na szczególną uwagę zasługuje Glinno, położone u podnóża Wielkiej Sowy. Znalazłam jednak przede wszystkim spokój: tutaj naprawdę można naładować baterie.

Zamknij