Strona główna / Afryka

Tunezja. Pejzaż z dromaderem

Od śródziemnomorskich impresji przez orientalną geometrię bazarów aż po surową abstrakcję saharyjskiej pustki – Tunezja to niewyczerpane źródło inspiracji dla artystów i zachwytów dla wędrowców.

Fot. Julia Zabrodzka

Musiał być naprawdę oszołomiony. „Kolor mną zawładnął, już nie muszę go szukać… Objawiła mi to błogosławiona chwila. Kolor i ja to jedno. Jestem malarzem”. Brzmi jak egzaltowane westchnienia studenta akademii sztuk pięknych? Paul Klee nie był już jednak młodzikiem. Zanotował te słowa w dzienniku jako 35-letni mężczyzna, od kilkunastu lat parający się sztuką. Choć trudno w to uwierzyć, przez cały ten czas jeden z najwybitniejszych malarzy pierwszej połowy XX w. wzbraniał się przed używaniem kolorów i kurczowo trzymał czarno-białych szkiców oraz grafik. Z barwnej niemocy wyzwoliła go dopiero podróż w 1914 r. i moment, gdy rozstawił sztalugi na którymś z tarasów w Sidi Bou Said. To tu, w blasku tunezyjskiego słońca rozlewającego się po śródziemnomorskim lazurze, wychowany w surowej atmosferze protestanckiego Berna artysta odnalazł swoją własną Prowansję.

Dziś pewnie trudno byłoby mu się skupić, tyle tu wycieczek i gwaru. Podobnie jak wiele innych „odkrytych” przez artystów miejsc, Sidi Bou Said, kurort na północy Tunezji, stało się dziś jedną z żelaznych atrakcji na turystycznym szlaku. Zachowało jednak sporo uroku typowego dla śródziemnomorskich miasteczek: biała, geometryczna architektura, błękitne akcenty, parasole kawiarnianych stolików. Wystarczy zmrużyć oczy, by przenieść się na którąś z greckich wysp albo na południe Hiszpanii. Jeśli jednak otworzymy je szeroko i zagłębimy się w wąskie uliczki, Sidi Bou Said ujawni zupełnie inne oblicze. Choćby trzy charakterystyczne, nieco spiczaste kopuły wieńczące grobowiec sufiego z XIII w., którego imieniem nazwano miasteczko. Tunezyjczycy po dziś dzień przychodzą tu prosić o łaski i wstawiennictwo, nic sobie nie robiąc z turystów, którzy tuż obok próbują uchwycić paletę śródziemnomorskich barw już nie za pomocą farb, tylko smartfonów.

Fot. Julia Zabrodzka

Kupiecki labirynt. Ta typowa dla Tunezji dwoistość nigdzie chyba nie uderza z taką mocą, co przed Bramą Morską w Tunisie. Gdy obracamy się plecami do jej podkowiastego łuku i ruszamy na wschód, czujemy się niczym na spacerze po centrum europejskiej metropolii. Aleję, którą rozdziela na dwoje pas przystrzyżonych drzew, nazwano na cześć Habiba Burgiby, pierwszego prezydenta niepodległej Tunezji, ale wszystko przypomina tu o czasach kolonialnych rządów: strzeliste wieże katedry św. Wincentego à Paulo, skryta za zasiekami i gęstym szpalerem zieleni ambasada Francji – dawna siedziba władz protektoratu – czy secesyjna fasada Teatru Miejskiego, której Tunisowi może pozazdrościć każde miasto Starego Kontynentu. Gmach uroczyście otwarto zaledwie 3 lata przed wizytą Paula Klee. Kolonialne Ville Nouvelle przeżywało wówczas czas największego rozkwitu, a artysta mógł poczuć się tu jak w domu. Ale chyba nie po to przeprawiał się parowcem przez morze. My też nie – zawracamy zatem i ruszamy na spotkanie z o wiele starszym Tunisem.

„Zakład i sklep w tym miejscu prowadził mój dziadek, a po nim mój ojciec” – pan Hafedh z drewnianej ławeczki pod ścianą wskazuje portret mężczyzny, wiszący na honorowym miejscu ponad ladą w głębi warsztatu. „Z niego to dopiero był rzemieślnik! Szkoły nie skończył, ale fach w ręku miał” – kiwa głową. Ale i jego dłoniom nie sposób odmówić wprawy. Patrzymy, jak kładzie wełnianą czapkę na udzie, wyczesuje specjalną szczotką, a potem wylewa na opuszki odrobinę olejku i powoli wciera w fez, jakby gładził ulubionego kota. „Żeby była mocna i nie brudziła się zbytnio” – wyjaśnia. Wcześniej przygotował i sfilcował wełnę, a potem na glinianej formie nadał jej kształt najbardziej typowego z tunezyjskich nakryć głowy. Nie tylko zresztą tunezyjskich. „Te bordowe z chwościkiem sprzedajemy na miejscu. Ciemniejsze, z filcowym guziczkiem u góry, wysyłamy do Nigerii, a czarne do Libii” – wylicza i wskazuje kolejne półki palcem błyszczącym jak alabaster od kilkudziesięciu lat gładzenia wełny.

„Niewielu nas już zostało” – wzdycha pan Hafedh, ale bez pretensji w głosie, jakby pogodzony z nieuchronnością trendów, które młodym chłopakom każą nosić bejsbolówki zamiast tradycyjnych czapek z chwościkami. Kilka zakładów czapników w okolicy ciągle działa, ale dawniej musiało być ich więcej. Znajdujemy się wszak w kwartale po dziś dzień nazywanym Sukiem Fezów – jednej z wyspecjalizowanych części wielkiego bazaru, rozciągającego się w sercu tuniskiej medyny. Souk El Kebabjia mieni się najróżniejszymi odcieniami jedwabiu, Souk En Nhas błyska miedzią mis i dzbanów, Souk El Attarine przesycają wonie kadzidła, jaśminu i perfum, Souk Es Sekajine – zapach wyprawionej skóry. Choć dziś część straganów nastawiona jest na turystów, nadal kultywuje się tu dawne rzemiosła i wciąż – jak wynika z opowieści pana Hafedha – jest to skrzyżowanie kupieckich szlaków wiodących w najdalsze zakątki Maghrebu, a nawet na drugą stronę Sahary.

Mrówczy labirynt medyny, oddzielony Bramą Morską od siatki prostopadłych ulic Ville Nouvelle, ma własną, odrębną logikę. Mieszkańcy poruszają się tu z łatwością, bez trudu odnajdując drogę do ulubionej kawiarni z sziszami, których słodki dym wije się w sploty równie pogmatwane co topografia najstarszej części Tunisu. Przyjezdnym z pomocą przychodzi czworoboczny minaret Meczetu Oliwnego – wzorzec dla wielu podobnych wież w całej Tunezji – mającego prawie 1300 lat i wyznaczającego serce miasta. Uliczki są co prawda wąskie i widać go rzadko, ale jeśli już uda nam się dostrzec charakterystyczną budowlę, jesteśmy uratowani. Zaglądamy też na rozległy, marmurowy dziedziniec świątyni. Nie jest nam niestety dane obejrzeć jej wnętrza – do zdecydowanej większości meczetów w Tunezji wstęp mają wyłącznie muzułmanie. Niewiele więcej szczęścia mamy w nakrytym przepiękną kopułą Turbet El Bej, tu jednak udaje nam się spojrzeć przez uchylone drzwi na kamienne nagrobki książąt z dynastii Husajnidów. Mniej lub bardziej okazałych grobowców sufich i świętych mężów jest zresztą na terenie medyny sporo. Natykamy się na nie w niespodziewanych miejscach – choćby na środku jednej z handlowych uliczek, pośród kupieckiego gwaru. Kamienny nagrobek wygląda na zadbany, najwyraźniej ktoś się tu modli. Chłopak zagadnięty przed pobliskim zakładem rymarskim nie potrafi nam jednak pomóc w rozwiązaniu zagadki grobu rozdzielającego na dwoje strugę przechodniów. „Nie pamiętam, kto tu leży” – wzrusza ramionami. Ma prawo: później dowiemy się, że w grobowcu spoczywa ponoć krzyżowiec, pochowany prawie 700 lat temu.

Fot. Julia Zabrodzka

Salto i sacrum. Z drugiej strony siedem wieków to w Tunezji wcale nie tak dużo. W poszukiwaniu śladów o wiele starszych czasów ruszamy na południe. Najokazalszy z nich mierzy aż 149 m na 124 m, a wysokością dorównuje kilkunastopiętrowym kamienicom. Tak olbrzymią budowlę trudno przeoczyć – zwłaszcza w Al-Dżamm, niewielkim i niepozornym miasteczku przy głównej szosie ze stolicy do Safakisu. Imponujący amfiteatr z pierwszej połowy III w. n.e., wzorowany na rzymskim Koloseum i lepiej od niego zachowany, to w zasadzie wszystko – nie licząc ruin kilku willi – co zostało z Thysdrus, kilkudziesięciotysięcznego miasta i zamożnego ośrodka produkcji oliwy. Mieszkańcy nie zdążyli nacieszyć się krwawymi widowiskami na arenie – kilka lat po ukończeniu budowy Thysdrus zostało doszczętnie splądrowane podczas wojny pretendentów do cesarskiego tronu w Rzymie. Niewykluczone, że koncertów w ramach współczesnych festiwali muzycznych odbyło się tu więcej niż starożytnych spektakli.

W sercach współczesnych Tunezyjczyków o wiele ważniejsze miejsce niż rzymskie ruiny zajmuje jednak Kairuan, oddalony o kilkadziesiąt kilometrów od Al-Dżamm. Miasto to założyli Arabowie w drugiej połowie VII w., jeszcze w trakcie podboju kraju. Dziś jest uważane za czwarte wśród najświętszych miast islamu, ustępując tylko Mekce, Medynie i Jerozolimie. Spośród kilkudziesięciu znajdujących się w obrębie medyny świątyń najważniejszy jest Meczet Sidi Ukby, zwany też Wielkim. Niestety, i tym razem nie jest nam dane zajrzeć do przepięknego ponoć wnętrza, którego strzegą masywne mury w kolorze pustynnego piasku. Spacerując wzdłuż nich, spotykamy za to grupkę nastoletnich chłopaków. Jak gdyby nigdy nic, w najświętszym miejscu Afryki wykonują salta, ćwicząc parkour na przeszło tysiącletnich ścianach.

Kairuan i świątynia musiały zrobić ogromne wrażenie także na Paulu Klee. Artysta poświęcił miastu wiele z tunezyjskich płócien, chętnie malując pozujący mu cierpliwie minaret. Co ciekawe, choć dziś w medynie dominują oślepiająca biel ścian oraz błękit okiennic i drzwi, obrazy utrzymane są w ciepłej kolorystyce – mnóstwo na nich pomarańczu, żółci, rudości. Może przed stu laty uliczki medyny wyglądały inaczej? A może malarza zainspirowały dzieła lokalnych rzemieślników – słynne dywany w misterne wzory, których zakup proponują wszechobecni handlarze? Dla nas zapowiedzią kolejnego etapu podróży okazuje się obraz utrzymany w jeszcze innej kolorystyce. W kompozycji U bram Kairuanu charakterystyczne kopuły znikają gdzieś w oddali, a centralne miejsce zajmuje brązowo-popielata pustka, przez którą wędrują maleńkie wielbłądy.

Fot. Julia Zabrodzka

Ojczyzna abstrakcji. Wokół absolutna cisza. Choć odeszliśmy ledwie kilkaset metrów od miejsca, gdzie zatrzymują się autokary i dżipy, nie mąci jej najlżejszy szmer. Turystyczny gwar gubi się w przestrzeni, echo na próżno szuka sposobności, by odbić się i powrócić, nawet wiatr nie świszcze, nie mając się o co zaczepić. Gdzie okiem sięgnąć, świat jest sprawiedliwie podzielony na dwoje: blade od upału niebo i białawą równinę. Nieskazitelną gładź przełamuje tylko nieregularny, organiczny kształt niedużego wysięku. Jego słona tafla, obwiedziona lśniącymi kryształkami soli, przypomina, że stoimy na środku jeziora. A zarazem na środku pustyni.

Szott El-Dżerid, największy z okresowych zbiorników tunezyjskiej Sahary, dziś dostępny jest dla każdego. Brzegi niecki – zimą wypełnionej słoną wodą, latem suchej jak pieprz – spina kilkadziesiąt kilometrów prostej jak strzała szosy na grobli. „Dawniej wędrujące z Duz do Tauzaru karawany musiały na tym odcinku wynajmować specjalnych przewodników. Niewielu potrafiło ominąć niebezpieczne, niewidoczne gołym okiem grzęzawiska i wysięki czy odnaleźć drogę na pozbawionym jakichkolwiek punktów orientacyjnych bezludziu” – opowiada nasz przewodnik.

Choć obecnie dotarcie do Tauzaru nie nastręcza trudności, od razu wyczuwamy w mieście wszechobecną, nieco onieśmielającą atmosferę rubieży. Kilkadziesiąt kilometrów na wschód stąd przebiega granica z Algierią, a znacznie wcześniej, tuż za ostatnimi zabudowaniami, zaczyna się saharyjska pustka. Jej oddech wypełnia miasto. Zabudowania medyny są surowe, zdobione prostymi wzorami z cegły o pylistej barwie. Na ulicach stoją stragany z daktylami o najróżniejszych odcieniach i rozmiarach, a także plecionymi matami, koszami, kapeluszami. „Jesteśmy największym zagłębiem daktylowym w Tunezji” – chwali się jeden z przekupniów, z dumą zakreślając ręką wyimaginowany krąg obejmujący Tauzar i okoliczne oazy. „Palmy dają nam wszystko: słodkie owoce do jedzenia i wytrzymałe liście do wyplatania”.

Pokrzepieni kilkoma daktylami i mocną kawą, ruszamy na spotkanie z pustką. Jedziemy szosą na wschód, a na obrzeżach Nafty – miasta-oazy słynącego z gajów palmowych i rozsianych wśród nich grobowców sufich – odbijamy żwirowym traktem na północ, w krainę piasków. Naszym celem jest Ong Dżmal, które posłużyło twórcom Gwiezdnych Wojen jako jeden z plenerów planety Tatooine. Spacerując wśród pozostawionej przez filmowców scenografii, ze zdumieniem odkrywamy, że kosmiczną ojczyznę Luke’a Skywalkera wykonano głównie z… drewna. Ale naprawdę odległą galaktyką wydaje się otaczający nas pejzaż. Z grzbietu jednej z wydm, próbującej zakrzywionymi ramionami objąć horyzont, patrzymy, jak czerwieniejące słońce powoli znika w piaskach. A chwilę później, gdy niebo przybiera już siną barwę, pośród rdzawej równiny z punkcikami suchych krzaków układającymi się we wzór na idealną entropię, dostrzegamy sylwetki kilku wielbłądów. Przypominamy sobie jeszcze jeden z tunezyjskich obrazów Paula Klee: kompozycję geometrycznych, złotawych i rudych plam, przełamaną dwoma czarnymi trójkątami dromaderów. Abstrakcyjne dzieło nagle wydaje się nam uderzająco realistyczne. Ale czy pustynia nie jest ojczyzną abstrakcji?

Jak dojechać?

Najwygodniej jest polecieć bezpośrednim czarterem na lotnisko Enfidha lub na Dżerbę. Rejsowy lot na tę wyspę albo do Tunisu wymaga przesiadki na jednym z europejskich lotnisk.

Jak podróżować?

Tunezja jest krajem zdecydowanie nastawionym na turystykę zorganizowaną. Większość wspomnianych w tekście miejsc znajduje się w programach wycieczek objazdowych, ale można tam dotrzeć także na własną rękę. Między większymi miastami kursują autobusy i pociągi, na saharyjskim południu najwygodniej będzie jednak wynająć samochód terenowy z kierowcą.

Co jeszcze zobaczyć?

W Tunisie koniecznie trzeba wybrać się do muzeum Bardo z kolekcją przepięknych rzymskich mozaik. W atrakcje związane ze starożytnością obfituje cała północ kraju – warto wymienić choćby pozostałości Kartaginy czy rzymskie ruiny Dugga. Na wschodnim wybrzeżu znajduje się kilka miast z zabytkowymi medynami – wyjątkowo ładnymi mogą pochwalić się Susa, a także rzadziej odwiedzany Safakis. To ostatnie miasto jest też portem wypadowym na urokliwe wyspy Kerkenna, mniej znane i mniej zatłoczone od Dżerby. Ozdobami pustynnego południa są berberyjskie ksary w pobliżu Tatawinu, jaskiniowe domostwa w okolicach Matmaty i oazy blisko granicy z Algierią: Midès, Chebika i Tamerza. Kto chce lepiej poznać Saharę, może wyruszyć z Duz na wydmy Wielkiego Ergu Wschodniego samochodem terenowym albo na kilkudniową wędrówkę z wielbłądami.

Zamknij