Strona główna / BRODZIK W BRODZIKU

Wehikuł czasu

Jednym z urządzeń magicznych, które chciałabym posiadać, prócz siedmiomilowych butów, czapki niewidki i czarodziejskiej różdżki jest bez wątpienia wehikuł czasu. Ależ by to była przygoda! Wybierasz datę na cyferblacie (fajne słówko, prawda? Blat z cyframi) czy jakiejś innej klawiaturze – i siuuup! Jesteś w wybranej przez siebie chwili. Na temat tej fantazji powstało mnóstwo książek i filmów, choćby należąca już do klasyki science fiction powieść The Time Machine H.G. Wellsa, ze wspaniałym fragmentem opisującym Ziemię w niepojęcie odleglej przyszłości, przestającą się obracać, i Słońce, które staje się coraz bardziej czerwone, stygnie… Pamiętam, że kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę, właśnie ów fragment zapadł mi w pamięć najsilniej, łącząc się w mojej młodzieńczej głowie z pytaniami na temat wieczności i samotności podroży, jaką jest życie.

Zdecydowanie mniej refleksyjny, za to dostarczający doskonałej rozrywki i niezapomnianych wrażeń wynikających z faktu podróżowania w czasie był kultowy hit kinowy Back to the Future z 1985 r. w reżyserii Roberta Zemeckisa, z cudowną postacią dr. Emmetta Browna. Ten rozczochrany jak Einstein szalony naukowiec przeniósł głównego bohatera najpierw w przeszłość – nawet na Dziki Zachód – potem w przyszłość maszyną do złudzenia przypominającą jeżdżące dziś po Warszawie coraz tłumniej elektryczne taksówki ☺

Kwestia podroży w czasie zajmuje wyobraźnię nie tylko artystów, pisarzy i filmowców. Również naukowcy od lat głowią się nad możliwościami i zagrożeniami wynikającymi z potencjalnego podróżowania po osi zdarzeń. Jednym z najważniejszych problemów rozpatrywanych przez dziesiątki najtęższych umysłów na świecie jest paradoks dziadka: podróżnik cofający się w czasie, żeby zabić swojego przodka, zanim jego ojciec pojawił się na świecie, trafia na alternatywną możliwość. Według naukowców jednym z hipotetycznych rozwiązań tej sytuacji jest przedostanie się do równoległej rzeczywistości, w której podróżnik morduje dziadka i tym samym zmienia dalszy rozwój wydarzeń, unicestwiając samego siebie.

Inne założenie mówi, że w trakcie podroży w czasie nie można dokonać niczego, co mogłoby zmienić bieg historii. Tego twierdzenia bronią fizycy Germain Tobar i dr Fabio Costa z Uniwersytetu w Queenslandzie. Na podstawie matematycznych wyliczeń uważają oni, że podróże w przeszłość mogą zmieniać przyszłość tylko w taki sposób, że mimo manipulacji podróżnik nadal istnieje w swojej teraźniejszości i wciąż ma motywacje do odbycia podroży – czyli nie powoduje żadnego paradoksu. „Zmiany w przeszłości nie mogą mieć wpływu na przyszłość, ponieważ inaczej podróż nie musiałaby się odbywać”.

Tyle teoria. Niestety możliwości technologiczne podróżowania w czasie wciąż jeszcze pozostają w sferze niedostępnej dla ludzkich planów.

Czy jednak na pewno?

A gdyby było to możliwe? Gdzie byś poleciał(a)? W jakie czasy przeniósłbyś/przeniosłabyś się najpierw? W przeszłość, jak Marty McFly z Powrotu do przeszłości, czy w przyszłość, jak bohater Wehikułu czasu?

Ja mam caaaaałą listę wymarzonych podróży czasowych: przyszłość moich dzieci, świat za 1000 lat, Wersal w czasach Ludwika XIV, moment, kiedy człowiek poskromił ogień… Ale najbardziej – najbardziej! – chciałabym móc znaleźć się w czasach rozkwitu kultury Majów w jednym z ich ogromnych miast. Cywilizacja Mezoameryki fascynuje mnie od dawna. Ze względu na jej tajemniczość i odmienność od wszystkiego, co znane na naszym kontynencie, zanurzoną w mrokach historii tożsamość tej wybitnie wysoko rozwiniętej struktury społecznej, byłaby to dla mnie najcudowniejsza podróż w kierunku lepszego poznania naszego wspólnego dziedzictwa. Po cywilizacjach Azteków, Majów, Olmeków pozostało niewiele: pożerane przez żarłoczną dżunglę ruiny wspaniałych miast, ustawiane wedle porządku gwiazd piramidy oraz tajemniczy kalendarz, którego funkcji naukowcy nie rozumieją do końca nawet dziś. Majowie potrafili wskazać okres obiegu Ziemi dokoła Słońca z dokładnością̨ do czwartego miejsca po przecinku (365,2421 dni)! Liczba ta jest znacznie dokładniejsza od przyjętej przez kalendarz gregoriański (365,2424 dni). Dopiero współczesne komputery wyliczyły, że czas ten wynosi 365,2422 dni. Przypominam, że mówimy o kulturze, której rozkwit przypadł na dłuuugo przed przybyciem do Nowego Świata Europejczyków, według naszej współczesnej wiedzy nieznającej koła i będącej wyjątkowo zorientowaną na składanie krwawych ofiar z ludzi!

Erich von Däniken, poszukiwacz sensacji w mrokach historii, w swojej będącej przedmiotem kontrowersji i sporów książce Dzień, w którym przybyli bogowie ogromnie dużo uwagi poświęca świętemu kalendarzowi Majów – Tzolkinowi. Moim zdaniem ten temat zasługuje na szczególne zainteresowanie w kontekście podroży w czasie. Poruszanie się w czasie według Majów jest tożsame z doświadczeniem pływania. Zwracają oni uwagę na rytm i ruch. Twierdzą, że czas jest jak woda – można po nim dryfować bez celu albo wybierając sprzyjające „prądy” i sposób poruszania, osiągać z góry upatrzony cel. Tzolkin nie tylko wyznaczał Majom daty świąt i dyktował rozwiązania architektoniczne, lecz także – przede wszystkim – wskazywał dokładnie moment, co 52 lata symbolizujący pobyt pośród miejscowych: czas, jaki spędzał z nimi bóg Kulcan u Azteków nazywany Quetzalcoatl przez Majów. Według opisów nie tylko miał on moc bycia słyszalnym z 15 km, lecz także dysponował umiejętnością przemieszczania się w przestrzeni i… czasie. Niezwykle pobudzający wyobraźnię jest fresk z Palenque w Meksyku, wyglądający dla mnie, laiczki, jak uproszczony obraz układu scalonego, którego integralną część stanowi istota człekokształtna:

Obraz zawierający tekst

Opis wygenerowany automatycznie

Wehikuł czasu? Statek kosmiczny? Czy odwieczny cykl życia zapisany piktogramami?

Kalendarz Majów był zdecydowanie nieprzydatny do śledzenia cyklów przyrody, za to zadziwiającą precyzją skoncentrowany na ruchach planet i wielotysięcznych datach oraz określaniu ich miejsca w czasie względem Ziemi. Piramidy, w tym ta, którą zwiedziłam w Chichén Itzá lata temu – marzę, żeby tam wrócić! – wciąż są dla mnie tajemnicą i inspiracją… Po jej schodach ani ja, mająca w dowodzie wpisany wysoki wzrost, ani tym bardziej drobniutkiej budowy miejscowi nie mogli się swobodnie wspinać… Również boisko do peloty sprawiło na mnie wrażenie miejsca zbudowanego dla co najmniej dwumetrowych zawodowych koszykarzy…

Może odkryte na azteckich i majańskich reliefach osoby w „szklanych hełmach” na głowie i z okrągłymi przedmiotami na przegubach rąk nie są wyrazem artystycznej swobody starożytnych twórców? Może ta wspaniała mezoamerykańska cywilizacja dała się właściwie bez walki zdominować europejskim „odkrywcom” na przełomie XV i XVI w., bo przybysze, oczekiwani jako bogowie, mieli, jak zapisano w zniszczonych przez konkwistę starożytnych księgach, szeroko rozstawione, jasne oczy, białą skórę i miotali ognistymi kulami niczym planetami (sic!) nie bez powodu? Może dla nich, rdzennych mieszkańców Nowego Świata, wizyta potomków bogów miała o wiele głębsze niż nasze, czasowe znaczenie?

Może Aztekowie, Majowie, Olmekowie czekali na nas, którzy byliśmy tam wcześniej, tysiące lat temu, podróżując w czasie? My? Czy jacyś Oni?

Czy – trawestując funkcjonujące w mojej rodzinie powiedzonko na temat przestrzeni, tyleż fascynującej, co nieznanej i niebezpiecznej – był(a)byś gotowy(-wa) stwierdzić: „Byłem tam” / „Byłam tam”?!

Ja bym była – a może byłobym…? ☺

Zamknij