Strona główna / Ameryki

Wszystkie kolory Meksyku

Starożytne ruiny, kolonialna architektura, przepiękne rękodzieło, szerokie plaże nad Pacyfikiem i pyszne jedzenie – Oaxaca to Meksyk w pigułce. Gdyby ktoś mógł odwiedzić tylko jeden region tego kraju, bez wahania poleciłabym właśnie ten stan.

fot. Julia Zabrodzka

Podróż autobusem z miasta Meksyk – stolicy – w kilka godzin przenosi nas z przytłaczającej ogromem metropolii w zupełnie inny świat. Oaxaca to nasz pierwszy przystanek w drodze na południe kraju: zmęczeni długim lotem, planujemy zatrzymać się tu na dłużej. Gdy tylko wysiadamy, od razu zachwycają nas unoszące się nad ziemią fioletowe obłoki – kwitnące drzewa jakarandy. A to dopiero początek feerii barw, jaką zafunduje nam ten piękny region. Jeszcze tylko krótki przejazd taksówką i już jesteśmy w centrum Oaxaki, stolicy stanu. Pełna nazwa miasta brzmi Oaxaca de Juárez, na cześć pochodzącego z tych stron Benita Juáreza, XIX-wiecznego polityka i bohatera narodowego o rdzennych korzeniach.

Wysiadamy przy zócalo, rozległym placu głównym. Ulice w centrum układają się w równiutką szachownicę, a ciągnące się wzdłuż nich fasady niewysokich domów mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Mijamy czerwone ściany z żółtymi okiennicami, szafirowe drzwi, turkusowe kraty w oknach. Reklamy i szyldy wymalowano bezpośrednio na murach, co sprawia, że wyglądają czasem jak wielobarwne graffiti. W górze powiewają sznury kolorowych, perforowanych chorągiewek, a przed katedrą kręcą się przekupnie z całymi kiściami pstrokatych balonów.

Fot. Julia Zabrodzka

Żółty jak kukurydza. Równie dużo, co kolorów, jest tu smaków. Ulicami przechadzają się sprzedawcy zatkniętych na patyki jabłek w twardej czerwonej polewie, na jednym z chodników mijamy całe stosy ananasów, na innym – staruszki krojące maczetą cytrusy, które pakują w małe torebeczki i sprzedają za kilka peso przechodniom. Po południu w wielu miejscach pojawiają się garkuchnie z kukurydzą. Elote, kukurydza w kolbie, podawana jest z majonezem, sokiem z limonki, tartym serem, chili i solą. Taki przysmak znajdziemy w wielu zakątkach kraju, kukurydza jest wszak podstawą tutejszej kuchni. Na początku podróży mogłabym nie jeść niczego innego, ale byłaby to poważna strata. Oaxacańska kuchnia należy bowiem do najciekawszych w Meksyku. Jedną z najsłynniejszych potraw jest mole negro, czarny sos przygotowywany z kilkudziesięciu przypraw i kakao, podawany najczęściej z kurczakiem. Takie danie dostaniemy zarówno w tanich jadłodajniach, jak i w wykwintnych restauracjach.

Pod wieczór ruszamy w stronę rozległego targu. Za dnia handel kwitnie w wielkich halach – są tu stoiska z owocami i warzywami, można kupić na wagę różne rodzaje mole, w osobnych sekcjach sprzedaje się lokalne i chińskie ubrania, działają też niewielkie, tanie bary. Wieczorem życie przenosi się na zewnątrz – otwierają się wówczas dziesiątki stoisk z jedzeniem. Razem z miejscowymi siadamy na maleńkich taboretach przy ladzie przymocowanej do jednej z budek. Zamawiamy meksykański specjał, pozole: gorący, długo gotowany bulion z mięsem i białą kukurydzą, do którego tuż przed podaniem dodaje się m.in. rzodkiewkę, poszatkowaną kapustę i sok z limonki. Na wieczorny chłód nie ma nic lepszego! Rozgrzani i najedzeni wracamy w okolice katedry, gdzie trafiamy na potańcówkę pod gołym niebem. Od dawna słyszałam, że Meksykanie uwielbiają tańczyć, ale długo nie miałam okazji, by się o tym przekonać. Na placu w Oaxace pary w różnym wieku szaleją do latynoskich przebojów. Patrząc na wiekowych tancerzy, przypominam sobie słowa francuskiego pisarza Jean-Claude’a Carrière’a: „ogólne wrażenie, jakie pozostawia Oaxaca (…) to radość i wdzięk”.

Fot. Julia Zabrodzka

Złoty jak barokowe zdobienia. Nazajutrz wracamy na targ na śniadanie, tym razem do jadłodajni. Sympatyczna kucharka nalewa nam po kubku gorącego champurrado, kukurydzianego napoju z czekoladą, i wręcza do tego po słodkiej bułce. Wychodząc z hali, mijamy stragany z inną lokalną przekąską – prażonymi konikami polnymi usypanymi w równe, czerwonawe stosy. Sama nigdy nie miałam odwagi ich spróbować, ale miejscowi uznają je za przysmak. Pokrzepieni, ruszamy na skrupulatniejsze zwiedzanie miasta, zaczynając od kościoła Santo Domingo. Z okolic zócalo spacerujemy szeroką, zamkniętą dla samochodów ulicą Alcalá. Zbliżając się do celu, coraz wyraźniej słyszymy muzykę. Czyżby kolejna potańcówka? Okazuje się, że to huczny ślub. Uświetniają go gigantes, wielkie kukły przedstawiające młodą parę, oraz kilkanaście tancerek w kolorowych sukniach i z koszami kwiatów na głowach. Gdy weselne przedstawienie dobiega końca, wchodzimy do kościoła.

Santo Domingo to najsłynniejsza i najpiękniejsza świątynia w Oaxace. Grube mury XVI-wiecznej budowli przetrwały niejedno trzęsienie ziemi, które regularnie nawiedzają ten region i przez stulecia siały spustoszenie w mieście. Kościół przypomina nieco twierdzę, choć rozłożystą fasadę zdobią piękne, barokowe rzeźbienia. Widać, że dominikanie, którzy zlecili budowę, nie oszczędzali na rzemieślnikach ani artystach. Wnętrze jest lekkie, jasne i misterne. Białe ściany, sklepienia, wnęki i kopuła w całości pokryte są złotymi zdobieniami. W gąszczu lśniących pnączy migają okrągłe i owalne obrazy ze scenami biblijnymi oraz płaskorzeźby przedstawiające świętych. Obniżony strop nad wejściem zdobi splątane drzewo genealogiczne św. Dominika Guzmána, założyciela zakonu dominikanów. Przejście pod tą płaskorzeźbą – z gwarnej ulicy w złotą ciszę – to niemal mistyczne przeżycie.

Zielony jak kaktusy. Z blasku złota wracamy w blask upalnego dnia. Przed kościołem przechadzamy się pośród posadzonych w równych rzędach dostojnych agaw, ale za chwilę czeka nas bardziej niezwykłe spotkanie z miejscową florą. W dawnych ogrodach potężnego klasztoru urządzono Ogród Etnobotaniczny. Są tu święte rośliny Misteków, jednego z rdzennych ludów Oaxaki, są gatunki zagrożone wyginięciem, są drzewa i krzewy, grzyby i kwiaty. Na mnie największe wrażenie robią kaktusy, które zdają się dominować nad całą resztą zielonego królestwa. Wysokie i proste w równych szpalerach, najeżone kule rozrzucone po pustym polu, powyginane w najdziwniejsze kształty, maleńkie i ogromne. „Proszę nie odłączać się od grupy” – surowe upomnienie przewodnika wyrywa mnie z zachwytu, kiedy chcę zrobić portret niedużego kaktusika. W trosce o dobro roślin ogród można zwiedzać tylko w zorganizowanej grupie, nie mogę więc cieszyć się tymi pięknymi widokami tyle, ile bym chciała. Na koniec przewodnik prowadzi nas nie do kolejnej grządki, lecz przed skąpany w czerwieni kamienny blok. „To »Krew Mitli«fontanna zaprojektowana przez meksykańskiego artystę Francisca Toledo” – wyjaśnia. Pośród zieleni pojawia się czerwień koszenili, wyrabianego z owadów barwnika, który w XVIII w. zapewniał miastu bogactwo. To on nadaje kolor spływającej po głazie wodzie, symbolizując przelaną krew rdzennych mieszkańców tych ziem.

Fot. Julia Zabrodzka

Beżowy jak starożytne mury. „Mitlaaa, Tlacolulaaa! Mitlaaa, Tlacolulaaa!” – wydziera się naganiacz z okna rozklekotanego autobusu. Ten prosty system informacyjny sprawia, że na niemiłosiernie zatłoczonej ulicy udaje nam się wsiąść do właściwego pojazdu. Niewielka Mitla przyciąga całkiem sporo osób. Celem przyjezdnych jest zóna arqueológica, świetnie zachowane prekolumbijskie ruiny. Naukowcy przypuszczają, że miejsce to należało do głównych ośrodków religijnych najpierw Zapoteków, a później Misteków. Budowle, które tu podziwiamy, wzniesiono prawdopodobnie ok. 200–300 lat przed konkwistą. Nie są zbyt duże, za to wielkie wrażenie robią na nas przepiękne detale, zwłaszcza na Dziedzińcu Mozaikowym. Geometryczne motywy układają się w wyraziste wzory. Kiedyś ściany pokrywały ponoć wielobarwne malowidła, dziś pozostał tylko beżowy, ciepły odcień surowego kamienia.

Mitla to niejedyna pamiątka po dawnych mieszkańcach. Wcześniejszym i chyba słynniejszym ośrodkiem było Monte Albán, starożytna stolica Zapoteków. Jego ruiny leżą na wzgórzu, ok. 10 km od Oaxaki. Gdy tylko przyjeżdżamy, oszałamia nas przestrzeń i skala całego założenia. Potężna góra wyrasta 400 m ponad okolicę, sięgając wysokości 2 tys. m n.p.m. Szczyt został ścięty i wyrównany, co nadaje mu zaskakujący kształt rozległego placu. Trudno wyobrazić sobie ogrom pracy włożony w to przedsięwzięcie. Na sztucznym płaskowyżu wzniesiono pokaźnych rozmiarów budowle z monumentalnymi schodami, wiodącymi do mieszczących się na górnych platformach-dziedzińcach świątyń i ołtarzy. W Monte Albán budowano także nadzwyczaj przestronne rezydencje, o powierzchni nawet 2,5 tys. m kw. Spacerujemy pośród budowli i zastanawiamy się, jak mogło niegdyś wyglądać to potężne miasto, zamieszkałe w czasach świetności przez blisko 30 tysięcy osób. Dziś nad spowitym ciszą pustkowiem szybują sępy, a niewielkie jaszczurki czmychają bezszelestnie w szczeliny między kamiennymi blokami, ociosanymi przed setkami lat.

Kolorowy jak senne mary. Przy wejściu do strefy archeologicznej jak zwykle nie brakuje stoisk z pamiątkami. Najczęściej nie znajdujemy na nich nic ciekawego, tu jednak na niewielkim stoliku dostrzegam istny tłum maleńkich figurek: zadziorne pancerniki w pomarańczowe i żółte plamki, psychodeliczne jaszczurki, wyjące kojoty w misterne szlaczki, kolczaste szafirowe jeże, smoki, jaguary, pegazy, a nawet słonie i żyrafy. Alebrijes są chyba najsłynniejszym rękodziełem z Oaxaki, choć ich pomysłodawca i pierwszy twórca wcale nie pochodził z tego regionu. Według legendy ciężko chory rękodzielnik z miasta Meksyk, Pedro Linares, miał sen. Zobaczył w nim zwierzęta, które w sennym majaku przekształciły się w magiczne stwory: lwa z głową orła, osła ze skrzydłami, koguta z rogami. Stwory powtarzały niezrozumiałe słowo: alebrijes. Mężczyzna obudził się zdrowy i natychmiast zapragnął uwiecznić postacie ze snu, a że był zdolnym rzemieślnikiem, bez trudu odtworzył je z papier mâché. Jak to się stało, że figurki artysty ze stolicy stały się symbolem Oaxaki? Na tutejszy grunt przeszczepił je rzeźbiarz z miejscowości Arrazola, Manuel Jiménez Ramírez, który zamienił papier mâché na lekkie drewno. Dziś wykonane z tego surowca figurki w psychodeliczne wzory powstają w kilku miejscowościach w okolicach Oaxaki i stały się jedną z najpopularniejszych pamiątek z regionu.

Niebieski jak ocean. Po kilku dniach zdajemy sobie sprawę, że choć przyjechaliśmy do Oaxaki z zamiarem odpoczynku, to nic, tylko zwiedzamy i oglądamy. Basta! Czas na chwilę wytchnienia w miejscu, gdzie nie będzie aż tylu bodźców. Wsiadamy w nieduży busik i ruszamy w stronę położonego nad Pacyfikiem Mazunte. Trasa jest niezwykle efektowna – to 250 km krętych górskich dróg. Wspaniałe widoki wynagradzają nam niewygodę i nieprzyjemne, ostre zakręty, ale i tak z utęsknieniem wyglądamy oceanu i nie możemy się doczekać końca podróży.

Wreszcie jest: idylliczna miejscowość nad samym Pacyfikiem. Nasz domek ma dach z liści palmowych i moskitiery zamiast ścian, więc niemal nic nie oddziela nas od potężnego pomruku rozlewających się po plaży fal. Zostawiamy ciężkie plecaki i ruszamy na plażę. Wysoko w górze, niczym wycięte z czarnego papieru kształty, szybują fregaty, niżej niezgrabne w porównaniu z nimi pelikany. Ścieżka wspina się na wzgórze i prowadzi na sam klif. Tam spośród kaktusów błyska wreszcie głęboki turkus wody. Nasyceni żółciami, czerwienią i złotem, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo czekaliśmy na ten jedyny w swoim rodzaju kolor.

Jak dojechać? Najlepiej polecieć do miasta Meksyk z przesiadką na jednym z dużych lotnisk europejskich (Frankfurt, Monachium, Amsterdam, Paryż, Madryt). Za bilet w dwie strony zapłacimy ok. 3 tysięcy złotych. Ze stołecznego dworca autobusowego TAPO jest wiele kursów do Oaxaki (ok. 7 godzin). Za bilet w pierwszej klasie zapłacimy ok. 100 złotych, w drugiej – ok. 70 złotych. Bezpośrednio z Polski latają czartery do Cancún, ale dalsza podróż lądowa do Oaxaki zajmie nam przynajmniej kilkanaście godzin.

Do wjazdu na terytorium Meksyku obywatele polscy nie potrzebują wizy. W stanie Oaxaca nie jest też konieczna profilaktyka przeciwmalaryczna, warto natomiast zaszczepić się przeciw żółtaczce pokarmowej i durowi brzusznemu.

Kiedy jechać? Najlepsza pora na podróż do Oaxaki to okres od listopada do maja, gdy jest ciepło i słonecznie. Latem i jesienią częściej pada, mogą także zdarzyć się huragany.

Co przeczytać? W tomie reportaży Dzieci Szóstego Słońca. W co wierzy Meksyk Ola Synowiec, dziennikarka i blogerka (mexicomagicoblog.blogspot.com), która spędziła kilka lat w Meksyku, pisze o nowych kultach i religiach tego kraju. Oaxace poświęciła najbardziej chyba przejmujący rozdział Święte dzieci. O meksykańskiej stolicy grzybów halucynogennych. Z kolei Piotr Grzegorz Michalik, badacz wierzeń i obyczajów, pracujący m.in. w Meksyku, w jednym z rozdziałów książki Podmiejskim do Indian opowiada o kulturze oaxacańskich muxes, czyli zapoteckiej trzeciej płci.

Alfabecie zakochanego w Meksyku francuski pisarz Jean-Claude Carrière uporządkował hasłowo swoje wspomnienia i rozważania filozoficzne o Meksyku, okraszając je sporą dawką wiedzy historycznej i antropologicznej. Susana Osorio-Mrożek w Meksyku od kuchni. Od Azteków do Adelity przedstawia zaś historię kraju z perspektywy kulinariów i podrzuca garść przepisów z różnych epok.

Najsłynniejszy polski antropolog, Bronisław Malinowski, kojarzony jest głównie z wyspami Pacyfiku. Mało kto wie, że jedną ze swoich prac poświęcił Oaxace. Rozprawę Ekonomia meksykańskiego systemu targowego znajdziemy w 13. tomie jego Dzieł, opublikowanych przez wydawnictwo PWN. Czytając relacje z targów z lat 40. XX w., będziecie zaskoczeni, jak mało zmieniły się niektóre z miasteczek.

Zamknij