Strona główna / Europa

Zaczarowana wyspa

Chyba każdy, kto wybiera się nad Bajkał, najgłębsze jezioro świata, trafia na Olchon. Największa i jedyna zamieszkana wyspa to najświętsze miejsce buriackiego szamanizmu.

Fot. Shutterstock

Zaspana zajmuję miejsce w busiku – o świcie, po trzech dobach spędzonych w pociągu, dotarłam do Irkucka. Nie będzie mi dane się zdrzemnąć: czeka mnie 6-godzinna jazda w rytmie rosyjskiej popsy oraz ciągłych podskoków na wybojach. Na trasie przystanek na pozy, czyli buriackie pierożki z baraniną (ich kształt ma przypominać jurty).

Wokół Bajkału mieszka wielu Buriatów, dzięki nim i ich wierzeniom to niezwykłe jezioro jest nazywane Świętym Morzem. Okoliczne góry, lasy i skały są według nich zamieszkałe przez duchy i bóstwa. Kieruję się zresztą do najświętszego miejsca buriackiego szamanizmu, na największą (ponad 70 km długości i 15 km szerokości) i jedyną zamieszkałą wyspę Bajkału – Olchon. Co roku ma tu miejsce zlot szamanów z różnych zakątków Rosji, którzy odprawiają oczyszczający rytuał. Niedawno odbywał się on w intencji przegnania pożarów trawiących Syberię.

Wreszcie marszrutka staje, wysiadka. Czeka nas przeprawa promowa przez przesmyk Olchońskie Wrota. Zarówno w knajpce, jak i na przystani dostrzegam, jak wielu jest tu Chińczyków. To zdecydowanie najliczniejsza grupa turystów odwiedzająca te strony. Nie bez znaczenia okazał się przebój o miłosnej historii nad Bajkałem, który zdobył tytuł piosenki roku 2014 w telewizyjnym show The Voice of China. W mediach społecznościowych można znaleźć niezliczone amatorskie wykonania nagrane podczas wycieczek na Syberię.

Moc Szamanki. Nie mogę uwierzyć, że oto wreszcie jestem przy brzegu Bajkału, najgłębszego jeziora świata, które mieści 1/5 wody pitnej na całej Ziemi. Olchon leży w jego środkowej części. Między północno-zachodnim brzegiem wyspy a Górami Przymorskimi znajduje się płytka („zaledwie” 200 m) i ciepła cieśnina zwana Małym Morzem, natomiast ok. 10 km od północno-wschodniego brzegu – największa głębia (ponad 1600 m!). Po przeprawie promowej ruszamy w dalszą podróż – trzęsie tak, że mam wrażenie, iż zaraz uderzę głową w sufit. Na wyspie właściwie nie ma dróg, głównym środkiem transportu są niezniszczalne UAZ-y 452, produkowane od 1965 r. i zwane przez Rosjan „Buchankami”. Za oknem krajobraz księżycowy, surowy step. Na Syberii możemy go podziwiać tylko tutaj.

Końcem trasy jest Chużyr, największa zamieszkała osada (ok. 1500 osób), która z uwagi na ogromne zainteresowanie turystów wciąż się rozrasta. Jej sceneria – z szeroką, zapyloną główną „drogą” i porozrzucanymi gdzieniegdzie niskimi budynkami – zdecydowanie przypomina Dziki Zachód. Kierowca, zgodnie z tym, co napisałam na bilecie, wysadza mnie przy Usadźbie u Nikity, legendarnej bazie założonej przez Nikitę Benczarowa – pioniera turystyki na Olchonie. Pomogła mu w tym z pewnością znajomość angielskiego, który miał okazję szlifować podczas zagranicznych podróży jako mistrz ping-ponga. Baza Nikity to nie tylko rodzinny ośrodek, w którym pracują okoliczni mieszkańcy, lecz także odpowiednio wyselekcjonowani wolontariusze. Choć miejsce nie jest małe, od razu czuć ciepłą atmosferę. Co nietypowe w Rosji, wszyscy dobrze mówią po angielsku. Mój domek przepięknie pachnie modrzewiowym drewnem.

Podczas obiadu przekonuję się, że – oczywiście oprócz Chińczyków – są tu ludzie naprawdę z całego świata: Japonii, Peru, Niemiec, Wielkiej Brytanii. Bardzo łatwo nawiązać nowe znajomości. Baza Nikity znajduje się w jednym z najlepszych możliwych punktów: tuż obok legendarnej Skały Szamanki, której widok jest najbardziej znanym obrazkiem znad Bajkału. Najedzona od razu ruszam na spacer w jej kierunku. Jestem tu po sezonie, nie jest już ciepło, wiatr daje się we znaki – przydaje się dobra kurtka, naciągam też na głowę kominiarkę. Przed zejściem do Szamanki, ważnego miejsca mocy dla wyznawców szamanizmu, stoi rząd słupów serge obwiązanych kolorowymi, modlitewnymi wstążkami. Słupy mają charakterystyczne żłobienia, które służą do przywiązywania koni duchów. Podzielone są na trzy sfery: najwyższa jest dla bóstw, środkowa dla żyjących, a dolna dla umarłych.

Nieopodal stoi obszerna tablica informująca (tylko po rosyjsku!), że znajdujemy się w jednym z dziewięciu świętych miejsc Azji oraz o tym, że zamieszkuje tu Chan Chute-Baabaj, najstarszy i najsilniejszy z duchów, które zstąpiły z nieba, by przyglądać się poczynaniom ludzi. I wreszcie: „Uważajcie na swoje myśli, one stają się słowami. Uważajcie na swoje słowa, one stają się uczynkami. Uważajcie na swoje uczynki, one stają się nawykami. Uważajcie na swoje nawyki, one stają się charakterem. Uważajcie na swój charakter, bo on określa wasze przeznaczenie”.

Kolorowe wstążki powiewają również na wielu okolicznych drzewach, nieopodal nich można też znaleźć pieniądze, papierosy, wódkę. Buriaci sięgają po alkohol czy mleko, by odprawić rytuał bryzgania. Maczają w nich palce i pryskają na cztery strony świata, oddając w ten sposób cześć żywiołom.

Patrząc na Szamankę, spokojne wody Małego Morza i majaczące w oddali Góry Przymorskie czuję wszechogarniający spokój, a obecność szamańskich słupów wydaje się jak najbardziej naturalna. Wkrótce nie zdziwi mnie widok szamana w pełnym rynsztunku, który wpadnie do kawiarni u Nikity na herbatę.

Fot. Shutterstock

Słodycz szyszek. Nazajutrz postanawiam zejść na prawo od magicznej Szamanki, gdzie rozciąga się długa, piaszczysta plaża – zupełnie jak nad morzem. Kiedy kieruję się z domku w stronę jeziora, okazuje się, że mam sąsiadki w postaci krów. Wieje jak diabli. Mijam tablicę informującą, że znajduję się na szamańskiej ziemi i jeśli będę śmiecić, hałasować, zakłócać spokój, rozgniewam duchy. Schodząc ze wzgórza na plażę, dostrzegam dwa groby. To miejsca pochówku rybaków, którzy zginęli w wodach Bajkału. Niestety, od niedawna takich śmierci jest coraz więcej, a to dlatego, że oficjalnie zakazano połowu słynnego omula (przyznaję, miałam okazję spróbować i do końca życia nie zapomnę jego smaku), w związku z czym wiele osób próbuje łowić nocą, co czasem kończy się tragicznie. Spacerując wzdłuż plaży, widzę, jak bardzo inny jest krajobraz tej części wyspy: porasta ją tajga świetlista, a wśród drzew króluje modrzew. Olchon podzielony jest na dwie strefy: południowo-zachodnią (stepową) i północno-wschodnią (zalesioną).

Wyobrażam sobie, że w lecie – kiedy, wbrew syberyjskim stereotypom, temperatura sięga 30 stopni – musi być tu tłoczno. Chłonę więc otaczającą mnie pustkę, wspinam się po wydmach i z dziecięcą radością dotykam miękkich modrzewiowych igieł. Wracam ogrzać się w kawiarni u Nikity. Spotykam poznanego wczoraj Filipa z Holandii, akurat zaczytanego w kultowym reportażu Po Syberii Colina Thubrona. Podekscytowany namawia mnie na syberyjską herbatę. Powodem jego emocji są… sosnowe szyszki, które stanowią składnik napoju. Co ciekawe, są przeznaczone do zjedzenia: słodkie, przesiąknięte aromatem owoców leśnych. Malutkie i młode są miękkie, dzięki czemu łatwo poddają się działaniu cukru i soku. Oboje mamy podobny plan na następny dzień: chcemy dotrzeć na północno-wschodni kraniec wyspy, czyli przylądek Choboj. Tyle że ja mam zamiar zrobić to z wycieczką UAZ-em, a Filip samotnie na rowerze.

Fot. Shutterstock

Jak nowo narodzona. „Kto na Choboje nie bywał, tot Olchona nie widiał” – głosi napis na płocie przy „drodze”. Zatem nadszedł czas, by moja wizyta na wyspie zyskała pełny wymiar. Podczas jazdy UAZ-em trzęsie nieporównywalnie bardziej niż podczas dojazdu do Chużyru. Najpierw zatrzymujemy się w osadzie Charancy, w okolicy widać pasące się konie. Na trasie dostrzegamy czujne susły. Przylądek Choboj, który – obok Szamanki – jest również świętym miejscem (na okolicznych drzewach powiewa mnóstwo modlitewnych wstążek), swoją buriacką nazwę zawdzięcza temu, że wygląda jak kieł. Od strony wody przypomina profil kobiety. Niestety nie jest mi dane podziwiać go z tej perspektywy. Łatwiej w ten sposób tutaj dotrzeć, gdy Bajkał zamarznie (od grudnia do kwietnia) i ruch odbywa się po lodzie: poduszkowcami czy UAZ-ami. Tak czy inaczej, głęboki granat wody widziany z wysoka przyprawia o ciarki. Standardowym elementem wycieczki jest posiłek w postaci uchy, czyli zupy rybnej, serwowanej przez kierowcę. Jemy, dzielimy się wrażeniami i jedziemy dalej, podskakując i trzęsąc się niemiłosiernie. Po drodze odwiedzamy niewielkie zatoczki i stację meteorologiczną.

Po kolacji zamierzam wreszcie skorzystać z dobrodziejstw syberyjskiej bani, czyli łaźni parowej. W Chużyrze są one dostępne przy plaży – można wówczas po skorzystaniu schłodzić się bezpośrednio w Bajkale. Ja jednak decyduję się na wersję domową, czyli w bazie Nikity. Dostaję czapkę, która ma mnie ochronić przed przegrzaniem, mogę skorzystać z naturalnego peelingu z fusów z kawy. Zamówiłam wcześniej brzozowe witki, którymi okładam się w trakcie gorącej kąpieli. Wychodzę jak nowo narodzona, choć samo przebywanie w tym miejscu ma niebywale kojący wpływ. I nie ma znaczenia, że wszędzie wokół błoto, pył i przenikliwy wiatr. Marzę o tym, by odwiedzić to miejsce w środku zimy, kiedy punktem odniesienia będzie zamarznięty Bajkał (lodowe formacje wydają osobliwe dźwięki!) i to z jego perspektywy będę podziwiać magiczny Olchon.

Zamknij