Strona główna / Ameryki

Zobaczyć „nic”, czyli Urugwaj na własną rękę

Gdy Bernardo pojechał na aukcję byków do Montevideo, spędziłam cały dzień, siedząc na werandzie razem z jego psami, popijając yerba mate i wpatrując się w szerokie, soczyście zielone pola. To pierwszy obraz, który przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Urugwaju.

Fot. Anna Mikulska

Urugwaj, kraj pozornie mało atrakcyjny, najczęściej odwiedzany przez turystów przy okazji podróży po Brazylii czy Argentynie, zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi. Zachwyci zwłaszcza tych, którzy wyjeżdżają do nowych, nieznanych miejsc w poszukiwaniu wytchnienia i spokoju.

Eksperyment społeczny

W Urugwaju mieszka zaledwie 3,5 miliona osób, z czego ponad milion skupia się w stolicy kraju, Montevideo. Zdecydowana większość żyje na południu, w miejscowościach nad wybrzeżem Atlantyku i rzeki La Plata, oddzielającej Urugwaj od Argentyny.

Monotonny widok pastwisk, który przez moment może sprawiać wrażenie, że znowu znaleźliśmy się w Polsce, przecina znienacka chmara kolorowych papug. O tym, że jesteśmy daleko poza naszym krajem, przypominają jednak przede wszystkim rozległe, piaszczyste plaże, błękit oceanu, laguny i najróżniejsze gatunki drzew.

Nie znałam nikogo, kto zdecydowałby się jechać do Urugwaju. Jeśli już ktoś kojarzył ten kraj, to najczęściej za sprawą Pepe, czyli José Mujici, byłego prezydenta, nazywanego najbiedniejszym prezydentem świata. Jego barwny życiorys stał się inspiracją do filmów biograficznych, które niedawno trafiły m.in. na platformę Netflix.

Ale wróćmy do samego Urugwaju. „Przecież tam nic nie ma” – mówili znajomi z Brazylii, gdy pierwszy raz nieśmiało zaczęłam myśleć o wyjeździe w tym kierunku. I właśnie to „nic” ostatecznie przekonało mnie do zaplanowania wakacji w Urugwaju. Decyzja o podróży do „najnudniejszego” kraju Ameryki Południowej okazała się strzałem w dziesiątkę. Kiedy już tam dotarłam, nie mogłam uwierzyć, że w cieniu wielkich sąsiadów kryje się tak wyjątkowe miejsce. Stosunkowo niewielka populacja tego państwa stała się zachętą do przeprowadzenia pewnych eksperymentów społecznych. Większość z nich się sprawdziła, a dowodem na to jest relatywnie stabilna sytuacja społeczno-ekonomiczna. O jakich eksperymentach mowa? Urugwaj to jedno z najbardziej liberalnych państw na świecie. Jako pierwszy zalegalizował posiadanie i uprawę marihuany na własny użytek. Jest też krajem laickim oraz pierwszym w Ameryce Łacińskiej, który prawnie uznał związki homoseksualne. Otwartość na różnorodność przejawia się nie tylko w polityce, ale także w rozmowach z mieszkańcami.

Fot. Anna Mikulska

La Paloma

Zatrzymałam się w niewielkiej miejscowości La Paloma (zamieszkiwanej przez kilkaset osób), która po sezonie turystycznym wydawała się niemal opuszczona. Spędziłam tydzień w ekologicznym hostelu prowadzonym przez starsze małżeństwo – Sergia i Gabrielę. Z dachu mojego bungalowu w kolorze turkusu, leżąc w hamaku, oglądałam piaszczystą plażę i fale, a czasem, przy odrobinie szczęścia, ogony wielorybów, które przypływają w te strony od sierpnia do października.

Codziennie rano Sergio i Gabriela wychodzili na spacer ze swoim psem. Po powrocie Gabriela zazwyczaj doglądała ogródka – z rosnących w nim warzyw przygotowywała dania dla gości. Jej mąż rąbał drewno na opał. We wrześniu w Urugwaju bywa chłodno, zwłaszcza wieczorami. Dlatego to doskonały okres na spędzanie czasu przy ognisku lub przy grillu, w tamtejszych stronach nazywanym asado. W Urugwaju mieszka więcej krów niż ludzi, w związku z tym na asado króluje wołowina. To nieodłączny element tamtejszej kultury. A na prowincji, przy roju gwiazd i szumie fal, wszystko smakuje jeszcze lepiej.

Kilka kilometrów od La Palomy znajduje się laguna, do której prowadzi szeroka ścieżka pośród wysokich wydm. Wcześniej miniemy jeszcze las i łąki, po których galopują konie. Bo Urugwaj ma w sobie coś z Dzikiego Zachodu. Tyle że tutaj, podobnie jak w Argentynie, kowboje nazywają się gauchos i są wciąż żywą tradycją oraz ważnym elementem tożsamości narodowej.

Riachuelo

Bernarda poznałam dzięki stronie Couchsurfing, która skupia osoby oferujące i szukające noclegu. Działa na całym świecie i opiera się na wzajemnej pomocy, dlatego to świetne rozwiązanie do backpacerów i podróżników preferujących niedrogie wyjazdy.

Żeby znaleźć jego dom na farmie w miejscowości Riachuelo, miałam po prostu pytać o Bernarda. Dojechałam autobusem do wyznaczonego miejsca i rzeczywiście – pierwsza osoba, którą spotkałam na ulicy, wskazała na niewielką, krętą ścieżkę. Gdy dotarłam na miejsce, przywitał mnie pies Bernarda. Rozłożyłam się na werandzie i przyglądałam pasącym się w oddali krowom. Drzwi do domu, jak zapowiedział Bernardo, były otwarte. „Tutaj wszyscy się znamy, nigdy nie zamykamy drzwi na klucz” – powiedział, gdy przyjechał po pewnej chwili na swoim motorowerze, w kraciastej koszuli i berecie na głowie. Zapytał, czy chciałabym pojechać z nim dojrzeć krów na pastwiskach. Chciałam.

Otrzymałam ważne zadanie: miałam pomóc w liczeniu bydła i zapisywać liczby. Bernardo tymczasem szukał urodzonego tego dnia cielaka, którego trzeba było zważyć. „Tylko uważaj na matkę. Gdy zobaczy, że biorę na ręce jej młode, może się stać agresywna. Wtedy biegnij” – polecił.

Bernardo to idealny przykład współczesnego gaucho – jest zakochany w asado, nigdy jednak nie tknąłby koniny. Bo konie to bracia, jak mówi. A pieczona wołowina to danie narodowe. Wieczory spędzamy przy grillu razem z braćmi i kuzynostwem Bernarda. I czuję się jak członek rodziny, a w tle znowu słyszę szum fal i wpatruję się w gwiaździste niebo.

Fot. Anna Mikulska

Cabo Polonio

Pół godziny terenówką lub 10 km pieszo przez pustynie parku narodowego – tak można dotrzeć do kolejnego punktu na mapie Urugwaju, Cabo Polonio. Garstka kolorowych budynków, sklepiki z rękodziełami, parę niewielkich barów. W zasadzie to hipisowska komuna na końcu świata albo – zależy, co kto lubi – raj na ziemi. Płoty zbudowane ze zużytych butelek, woda pitna z kranu, pobierana ze studni głębinowej. Do tego energia słoneczna, jedyna, z której można tu korzystać. Dlatego nocą gasną wszystkie światła i tylko płomienie ogniska, przy których skupiają się grupki osób oraz dźwięk gitary lub muzyki elektronicznej, wskazują drogę do hostelu. Lub domu, bo nie brakuje tych, którzy przyjeżdżając do Cabo Polonio na chwilę, zostali tu na długo.

Miałam szczęście znaleźć się tu poza sezonem turystycznym, dzięki czemu nie było głośnych rave’ów – zamiast tego spędziłam spokojne chwile przy ognisku. Miłośnicy imprez w stylu techno dostrzegają potencjał Cabo Polonio, co sprawia, że niewielka, na pozór odcięta od świata kolorowa wioska coraz częściej staje się wakacyjną atrakcją turystyczną. Podróżnych w tę stronę przyciąga coś jeszcze – o każdej porze roku znajdziemy tu kolonię wylegujących się w okolicach pobliskiej latarni lwów morskich.

Montevideo

Na koniec – stolica. Na środku trasy prowadzącej wybrzeżem kraju, pomiędzy kilometrami pól i lasów, niespodziewanie wyrasta milionowe miasto. Po powrocie z „krańca świata”, takiego jak Cabo Polonio czy inne prowincjonalne miejscowości, przyzwyczajenie się do zabytkowej architektury, zakorkowanych ulic i przepełnionych barów zajmuje chwilę. A gdy ta już minie, Montevideo zachwyca tak samo jak każde inne miejsce w Urugwaju. Co więcej, od lat zajmuje pierwsze miejsce w rankingu najlepszych miast do życia Ameryki Łacińskiej.

Gdy po długim dniu siadam na miejskiej plaży, popijając flagowy urugwajski produkt, yerba mate, po głowie krążą mi wątpliwości, które miałam przed przyjazdem. I wyobrażam sobie, że nie mogłam trafić do ciekawszego kraju.

Zamknij